Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TaeGi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TaeGi. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 listopada 2016

Kochanek na piąty dzień tygodnia

~ Czysty smut bez fabuły (chyba). TaeGi, Yoongi na górze, barman, Tae diabeł z chokerem i tatuażem, darkroom i inne takie. Trochę się cykam go publikować, bo... Bo tak. Nie zabijajcie mnie proszę. Ostatnio jakoś najłatwiej przychodzi mi pisanie smutów, więc listopad może być niestety (albo i stety) ich miesiącem. Mam już 3 w zapasie ;__; 
OMG, Minie, ty zły, perwersyjny człowieku xD
O-ok. Miałam dodać pojutrze. Kliknęłam przypadkiem opublikuj... Ech...


~*~

Ten dzieciak ponownie się tutaj pojawił. Przychodził każdego piątku o 22:15. Wiedział, że za 15 minut kończę pracę. Witał się przyjaźnie z pracującym jak zwykle na tej zmianie Jiminem, a potem podchodził do baru i zamawiał to, co zwykle:
- Cuba Libre? - spytałem, unosząc znad lady wzrok na dość wysokiego chłopaka, którego tak dobrze znałem. Byłem nieco zaskoczony jego nowym kolorem włosów, ale blond mu nawet pasował. Dzięki niemu wyglądał bardzo świeżo i niewinnie.
Chłopak pokiwał twierdząco głową, siadając na wysokim stołku przy barze. Bez żadnego słowa zająłem się robieniem ulubionego drinka klienta. Nie był on trudny do przygotowania, więc zajęło mi to raptem chwilę.
Postawiłem przed blondynem szklankę z grubym denkiem. Ten podziękował uśmiechem i od razu upił łyk alkoholu.
- Może zamówiłbyś w końcu coś innego? Cuba Libre to plebs w porównaniu z innymi drinkami - rzuciłem, sięgając po przyniesioną przez jedną z kelnerek kartkę. Od razu wziąłem się za szykowanie drinków oraz przelewanie piwa do kufli.
- Lubię biały rum - odpowiedział w końcu. Upił kolejny łyk drinka i nawet się nie zorientowałem, kiedy poprosił o następnego.
- Nie było cię przez ostatnie 2 tygodnie.
Czułem jak na moje stwierdzenie, chłopak wierci wzrokiem dziurę w mojej głowie, jednak starałem się tym nie przejmować. Wykonywałem po prostu swoją pracę, a gdy wszystko zostało już przygotowane, kelnerka zebrała tacę i poszła rozdać klientom.
- Miałem trochę rzeczy do załatwienia. Jesteś wolny za 10 minut, prawda?
Wytarłem w fartuszek dłonie, które już przesiąknęły zapachem alkoholu, słodkich soków oraz cytrusów. Po chwili jednak oparłem się o rękami o blat i lekko nachyliłem nad chłopakiem.
- Nie zasłużyłeś, Słoneczko. Nie było cię przez dwa piątki. Zdążyłem się odzwyczaić - szepnąłem, patrząc prosto w ciemne oczy chłopaka. Miały prześliczny kształt, a delikatne, czarne kreski tylko go podkreślały. Jego brązowe, lśniące tęczówki, w których odbijały się kolorowe światełka, dokładnie śledziły każdy mój ruch.
Uniosłem delikatnie brew do góry i uśmiechnąłem się przy tym figlarnie.
Blondyn przejechał palcami po krawędziach szklanki z samym lodem. Cicho westchnął.
- Będziesz tego żałował - powiedział swoim niskim tonem, który za sprawą drażniącego gardło alkoholu, nieco zachrypł.
Nie wiem który z nas w tym momencie drażnił się bardziej. I ja chciałem doprowadzić chłopaka do skraju, i on mnie.
Odsunął się delikatnie, w pewnym siebie uśmieszku zwilżył koniuszkiem języka dolną wargę, a potem prowokująco ją przygryzł.
Kusił i dobrze zdawał sobie z tego sprawę.
Nie znałem nawet jego imienia, nie wiedziałem o nim tak właściwie nic. Wiedziałem tylko kiedy pojawia się w klubie, że był jakimś dalekim znajomym Jimina, pił tylko Cuba Libre, nie lubił, kiedy aby go uciszyć, przymykałem dłonią jego usta, miał fetysz żył na rękach, często nosił kolorowe skarpetki, jego paznokcie były trochę przydługawe i mocne, a pod lewymi żebrami miał wytatuowany malutki, prosty krzyżyk. Uśmiechnąłem się pod nosem na samą myśl o tym, jak wspaniale ta malutka, atramentowa ozdóbka wydłuża się, kiedy chłopak wygina swoje chudziutkie ciałko w łuk.
Poza tym wszystkim wiedziałem, iż był diabłem wcielonym. Kusił, podniecał, obiecywał raj, spełnienie, przyjemność. Wszystko to dawał, ale w zamian zabierał coś cenniejszego - kawałek duszy.
Kiedy trzy miesiące temu, w nasz pierwszy, wspólny piątek, posiadłem jego ciało, straciłem tę część siebie, która potrafiła się kontrolować. Bawił się tym fragmentem mojego ducha, a całą resztę przypiął łańcuchami do ściany i tylko czekał na moment, w którym mógłby wziąć więcej.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że pragnąłem, aby wziął całą resztę. Może i było to chore, ale podobały mi się jego gierki.
Najchętniej od razu zaciągnąłbym go do jednego z darkroomów, jednak delikatne podpalanie jego pożądania było lepsze. W końcu, jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. A po wyjątkowo ciężkich dwóch tygodniach, musiałem porządnie odpocząć.
- Widzimy się potem - szepnął i podniósł się na krzesełku. Pochylił delikatnie nad wyższym blatem, by koniuszkiem języka polizać moją dolną wargę.
Potem zmysłowo schował mięsień do ust, jakby chciał zachować mój smak na dłużej. Zwinnym ruchem zeskoczył ze stołka, a potem zniknął w tłumie tańczących na parkiecie ludzi.
Miałem tylko nadzieję, że szef nie urwie mi głowy, za spoufalanie się z wcieleniem Lucyfera. Mimo wszystko lubiłem pracę barmana.
Po podaniu ostatniego drinka jednej z klientek, przeszedłem do pokoju, po drodze odplątując z bioder czarny fartuszek z czerwonymi obszyciami.
Odłożyłem go na półkę wraz z białą koszulą, naznaczoną na piersi logiem klubu. Przebrałem się w swoje prywatne ubrania. Narzuciłem na ramiona szarą bluzę, a po upewnieniu się, że zostawiłem porządek, opuściłem pokój, w przejściu witając ze swoim zmiennikiem.
Skierowałem kroki na parkiet. Kolorowe światła bezkarnie raniły moje oczy, a głośna, klubowa muzyka dudniła głośno w uszach, z każdą chwilą przyprawiając o pulsujący ból głowy i równając bicie serca z mocnym, szybkim basem.
Przeciskałem się pomiędzy spoconymi, tańczącymi w najlepsze ludźmi, wzrokiem wszędzie rozglądając się za swoim uroczym blondynkiem, z prostokątnym uśmieszkiem.
Musiałem go znaleźć. Musiałem utopić w nim wszystkie emocje i pragnienia, jakie przez frustrujące, dwa tygodnie się we mnie nagromadziły.
Okręciłem się na środku parkietu dookoła własnej osi i dojrzałem, jak szukany przeze mnie chłopak idzie schodami na górę, ciągnąc za krawat jakiegoś napalonego samca alfa.
Na ten widok, poczułem jak podnosi mi się ciśnienie. Sam do końca nie wiedziałem dlaczego.
Nie powinienem być przecież zazdrosny, ale jak inaczej mogłem usprawiedliwić reakcję swojego ciała? Chłopak był mój. Przynajmniej tej nocy.
Od razu rzuciłem się w bieg, by dogonić parę. Widziałem jak znikają za drzwiami pokoju na końcu czarnego korytarza, oświetlanego jedynie przez czerwone diody na listwach. W sumie mogłem się tego domyślić. Ten pokój był zawsze rezerwowany dla nas. W każdy piątek o 22:30.
Wziąłem głęboki oddech, po czym już spokojniejszym tempem ruszyłem w stronę drzwi.
Z każdym krokiem krew w moich żyłach buzowała coraz bardziej, a emocje powoli przysłaniały zdrowy rozsądek.
Chciałem mieć tego chłopaka tylko dla siebie.
Gdy dotarłem do pokoju, chwilę zatrzymałem się przed czarnymi drzwiami. Usłyszałem głośny, urwany krzyk z ust mojego malucha i już wtedy wiedziałem, że to przeze mnie powinien tak krzyczeć, a nie kogoś obcego.
No, przynajmniej bardziej obcego ode mnie.
Nie musiałem nawet otwierać drzwi. Ten mały diabeł specjalnie zostawił je lekko uchylone.
Gdy odchyliłem drewno i wszedłem do środka, zdębiałem. Czułem, jakbym stracił zdolność poruszania się, chociaż tak na dobrą sprawę domyślałem się, co mogłem zobaczyć.
Pokój był przyciemniony, jednak zmysłowe, fioletowe światło w jakimś stopniu i tak je rozświetlało. Dzięki temu dostrzegłem, że na dość dużym łóżku, postawionym na środku pokoju, znajdują się dwie sylwetki.
Starszy mężczyzna siedział na łóżku plecami do drzwi, a mój blondynek niecierpliwie wiercił się na jego udach. Zachłannie całował wargi ciemnowłosego mężczyzny, a kiedy poczuł więcej światła wbijającego się do pokoju, otworzył oczy i spojrzał na mnie. Jego pełen pożądania wzrok świdrował moje wnętrze i cholernie podniecał.
Ręce nieznajomego wsunęły się pod luźną koszulkę blondyna, ale ostatecznie i tak spoczęły na jego miękkich pośladkach. Mocno je ścisnął, przyciągając przy tym chłopaka do swojego ciała. Blondyn oderwał swoje soczyste wargi od ust ciemnowłosego. Wplótł smukłe palce pomiędzy jego kosmyki i przeczesywał je. W tym czasie mężczyzna zachłannie całował szyję blondyna.
Chłopak lubieżnie poruszał biodrami, ocierając się o nieznajomego i oddawał jego pocałunkom, patrząc przy tym prosto w moje oczy. Co jakiś czas posłał mi prowokujący uśmiech, czy zachęcał oblizaniem warg.
Musiałem przyznać, że jakoś spodobało mi się to przedstawienie. Przez moment stałem oparty o futrynę i przyglądałem się temu, jak blondyn prowokacyjnie się dotyka, kąsa wargę, odchyla głowę czy szarpie nieznajomego za włosy.
Kiedy śliskie łapska mężczyzny powędrowały ma krocze niespokojnego kochanka i ścisnęły jego męskość, co uwolniło z jego gardła przeciągły jęk, nie potrafiłem opanować zazdrości.
Koniec tego dobrego. Tylko ja mogę piątego dnia tygodnia wyrywać z jego gardła te rozkoszne dźwięki.
Wszedłem do środka, zamykając za sobą z lekkim trzaśnięciem drzwi.
Mężczyzna od razu się odwrócił, spoglądając na mnie w półświetle. Nie za bardzo zwróciłem uwagę na to, jak się zachował. Poza tym, nie miało to najmniejszego znaczenia. Był tylko zabawką, pionkiem w chorej grze słodkiego blondynka, który właśnie zszedł z jego ud.
- Idź już sobie - powiedział stanowczo, unosząc palcem marynarkę mężczyzny, zawieszoną na brzegu łóżka.
- Co?! - oburzył się. Gwałtownie podniósł się z materaca, zapinając odpięty guziczek białej koszuli.
- Dzisiaj piątek. Mam ochotę się dobrze zabawić. Dziękuję, że dotrzymałeś mi towarzystwa przed główną atrakcją - powiedział chłodno, ale i jednocześnie dość uprzejmie. Posłał mężczyźnie uśmiech, machając przy tym jego marynarką.
- Jaką główną atrakcją?! - wrzasnął, łapiąc gwałtownie za nadgarstek młodszego.
Trochę się przestraszyłem, kiedy to zrobił. Prowokacja prowokacją, brudne zagrywki brudnymi zagrywkami, ale gdyby coś stałoby się temu chłopakowi, pewnie bym sobie tego nie wybaczył.
Postawiłem krok, by zmniejszyć dystans i w razie wypadku jakoś zareagować, jednak blondyn sam wygrzebał się z sytuacji.
- W piątki bawię się z gorącym barmanem od Cuba Libre. Czekałem na to całe dwa tygodnie, więc spadaj już, bo zaraz mi opadnie.
Mężczyzna mocniej ścisnął nadgarstek blondyna.
- Masz bardzo ładną obrączkę. Żona musi cię kochać - wtrąciłem od niechcenia. Ciemnowłosy jakby spłoszył się na te słowa. Pogardliwie wziął od chłopaka swoją marynarkę i w pośpiechu opuścił pokój.
- Bawią cię takie zagrywki? - spytałem, zamykając drzwi. Podszedłem do blondyna i objąłem go rękami w talii. Rzuciłem jego ciało ostrożnie na łóżko, a potem sam usadowiłem się pomiędzy jego udami, które już po sekundzie zaciskały się na moich biodrach. Przejechałem ręką po nodze chłopaka.
- Nawet bardzo - wymruczał. Delikatnie uniósł biodra i otarł swoją pobudzoną męskością o moje krocze. Wsunąłem palec między aksamitnego chokera, a szyję chłopaka. Pogładziłem chwilę jego delikatną skórę oraz miękki materiał biżuterii.
- Podobało ci się to co widziałeś, prawda? - zapytał szeptem, rękami zdejmując z moich ramion odpiętą bluzę i odrzucając ją gdzieś na bok.
- Może. Ale pamiętaj, że “w piątki bawisz się z gorącym barmanem od Cuba Libre”.
Złożyłem motyli pocałunek na linii jego szczęki, a już po chwili nieco śmielej i zachłanniej naznaczałem kolejne fragmenty szyi oraz odstających, kościstych obojczyków.
Z gardła chłopaka wydobyło się przepełnione zadowoleniem parsknięcie pomieszane z pociągającym westchnieniem.
- Nie mogłem się doczekać - wyjęczał tuż przy moim uchu.
Czułem jak zacisnął palce na moich ramionach, a jego biodra unosiły się i kręciły coraz bardziej chaotycznie.
Nakreśliłem dłonią ścieżkę od szyi, przez tors, aż do ukrytego za materiałem bielizny i skórzanych spodni penisa chłopaka.
Delikatnie go pomasowałem. Jego chuda klatka piersiowa zaczęła się coraz szybciej unosić, opadać, a ciało domagało się dotyku, pocałunków.
Blondyn pozbył się mojej koszulki, a ja już po chwili postąpiłem tak z jego ubraniem.
Wpiłem się w różowe wargi, napierając swoim kroczem na jego. Gdy jego usta otworzyły się szeroko, by uwolnić przeciągły jęk, wsunąłem swój język do środka. Niemalże od razu złączyłem go z tym kochanka.
Gdy nacieszyłem się już smakiem jego ust, zjechałem ponownie na szyję. Chłopak przesunął się bliżej krawędzi łóżka tak, by zwisać głową w dół. Dzięki temu miałem pełny dostęp do jego idealnej skóry. Moje pocałunki jednak z każdym muśnięciem naznaczały mokre ślady coraz niżej. Dość długo drażniłem językiem jego sutki, a na tę pieszczotę, chłopak nie szczędził jęków i westchnień.
Moje dłonie sunęły po jego bokach wraz z każdym, kolejnym pocałunkiem.
W końcu moje wargi spotkały się ze skórzanym paskiem. Powoli, powolutku go odpiąłem. Wsunąłem dłoń w spodnie i pieściłem nią chwilę męskość kochanka przez materiał bielizny.
- O-och! - prawie krzyknął.
Cóż, nie dziwiłem mu się, że każdy dotyk sprawiał mu taką przyjemność. Był tak mocno pobudzony, że bardziej się chyba nie dało.
Zsunąłem z bioder blondyna spodnie razem z bielizną i odrzuciłem je gdzieś poza obręb łóżka.
Uniosłem prawą nogę chłopaka. Zacząłem składać na udach motyle pocałunki, które wraz ze zbliżeniem się do jego krocza nabierały na sile, a nawet zamieniały się w lekkie kąsania.
Blondyn w tym czasie wplótł smukłe palce w moje włosy i cichutko pomrukując oraz jęcząc, masował głowę.
Koniuszkiem języka przejechałem po całej długości nabrzmiałego członka. Chłopak drgnął.
- K-kurtka - wyjęczał, kiedy poczuł jak opuszkami palców dotykam jego wejścia.
Sięgnąłem ręką po skórzaną ramoneskę, w której kieszeni znalazłem trzy prezerwatywy oraz małe opakowanie lubrykantu.
Już chciałem otworzyć opakowanie pomarańczowego żelu, kiedy blondyn uniósł się i niespodziewanie wpił w moje wargi. Paznokciami podrapał mój tors, a po chwili odpiął moje spodnie. Pomógł mi się ich pozbyć i wrócił do poprzedniej pozycji, odrzucając głowę poza łóżko.
- Nie mogę czekać. Wejdź bez rozciągania - szepnął, łapiąc mnie za ręce i przyciągając do siebie. Szybko jednak puścił moją dłoń, by chwilę dopieścić nią moją męskość.
Syknąłem czując jak jego smukłe palce zaciskają się dookoła gotowego członka.
W tym czasie otworzyłem jedną z prezerwatyw i gdy tylko odsunął ode mnie rękę, nałożyłem na siebie protekcję.
Nie byłem zbytnio do tego przekonany. Co prawda też chciałem jak najszybciej znaleźć się w jego wnętrzu, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że będzie go boleć. A nie ból był przecież naszym zamiarem.
Spojrzałem na uroczą twarz tego diabła, a widząc jak mocno zagryza wargę, nie mogłem już wytrzymać. Chciałem już w całości go posiąść.
Zawisnąłem nad nim. Złączyłem nasze wargi w pocałunku, by tym gestem odciągnąć jego uwagę od tego, że po mocnym naparciu członkiem na jego wejście, powoli się wsunąłem.
Chłopak jęknął, wrzasnął, a potem jeszcze zaczął bluzgać.
- Nie ruszaj się, bo będzie cię bardziej bolało! - powiedziałem głośno, kiedy blondyn zaczął się niespokojnie wiercić.
Jego paznokcie mocno wbiły się w moją skórę na plecach, a nogi szczelnie oplotły biodra, na moment całkowicie uniemożliwiając poruszanie się. Dopiero kiedy po dłuższej chwili chłopak się przyzwyczaił, zacząłem popychać biodra, wchodząc głębiej i na nowo całować jego szyję. Co jakiś czas łapałem między zęby aksamitny pasek biżuterii.
Był wspaniały. Cudowny. Niemalże idealny. Warto było czekać dwa tygodnie tylko po to, by znowu móc znaleźć się w jego ciepłym, przyjemnym wnętrzu.
- Mógłbym się w tobie zakochać - szepnąłem przy jego krtani, po czym koniuszkiem języka naznaczyłem prostą ścieżkę do jego ust.
Chłopak zjechał wbitymi paznokciami w dół, co od razu odczułem. Ból przez moment przeszył moje ciało, ale pożądanie zdecydowanie nad nim zwyciężyło.
Złapałem biodra chłopaka i podłożyłem pod nie poduszkę. Musiałem wejść pod innym kątem, by chłopak w końcu dostał ode mnie to, czego oczekiwał. Pchnąłem biodrami raz, drugi, a już po chwli usłyszałem głośny, urwany jęk.
- Aaah! Tutaj!
To była muzyka dla moich uszu. Uwielbiałem słuchać nawet najcichszego westchnienia, jak tylko doprowadzałem tego małego diabła do stanu, w którym nie potrafił kontrolować samego siebie.
Chłopak błagał mnie o więcej, a ja nie zamierzałem ani jemu, ani sobie odmawiać tej przyjemności.
Podrażniłem kilkoma pchnięciami prostatę blondyna. Potem mimo jego niezadowolenia, wysunąłem się z niego.
Pocałunkiem zmusiłem chłopaka do podniesienia się. Po chwili ten pchnął mnie plecami na łóżko, okrakiem usadawiając się na moich udach.
Pochylił się i już po chwili spijał z moich warg każdy pocałunek, a dłońmi przeczesywał czarne jak noc kosmyki.
Minęła dłuższa chwila, zanim blondyn zdecydował się wsunąć w siebie mojego członka. Ostrożnie i powoli opuścił biodra. Gdy już to zrobił, wbił paznokcie w mój tors, odchylając przy tym głowę do tył. Jego szczupłe, spocone, rozluźnione ciało wyglądało anielsko, mieniąc się w fioletowym światle.
Dość szybko zaczął się kołysać, unosić się i opadać. Patrzył przy tym prosto w moje oczy, które bacznie obserwowały jego każdy ruch. Ułożyłem dłonie na biodrach chłopaka, by wyczuć jego tempo i jednocześnie chociaż w małym stopniu odciążyć od ciągłego unoszenia się.
Chłopak z każdym ruchem doprowadzał mnie do kresu. W myślach zacząłem błagać o spełnienie, bo napływająca z chwili na chwilę przyjemność była nie do wytrzymania.
Kochanek nagle przestał się poruszać. Złapał moje dłonie i splótł przed sobą nasze palce. Mocno ścisnął moje dłonie, by mieć wyższy punkt podparcia. Chwilę pokręcił biodrami, a gdy odnalazł na nowo swój punkt G, westchnął. Zacisnął palce tak mocno, jakby miał zaraz połamać mi paliczki. Ponownie zaczął się poruszać w górę i dół. Każdy kolejny ruch, jego samego doprowadzał do szaleństwa.
Po dłuższej chwili przekręciłem nas znowu tak, że to ja byłem na górze.
Ułożyłem dłonie po obu stronach głowy kochanka, jednocześnie się nad nim pochylając. Patrzyłem prosto w jego pełne tajemniczości oczy. Wyglądał wspaniale.
Miał lekko rumiane policzki, w kącikach oczu stanęły malutkie łezki, mokre włosy kleiły się do czoła i skroni. Jego wzrok błagał o więcej, a czerwone, nabrzmiałe od pocałunków wargi prosiły o kolejne gorące muśnięcia.
Zaczesałem jedną ręką jego włosy, ale nie skontrolowawszy swoich ruchów, wplotłem w blond kosmyki palce.
Moje ruchy stały się chaotyczne, niemniej jednak wciąż wiedziałem i czułem, gdzie mam uderzyć, aby wznieść blondyna na wyżyny razem ze mną.
Ten wyginął się pode mną, ciężko dyszał, odruchowo zaczął poruszać biodrami. Powoli zaczynało mu brakować oddechu. Uwielbiałem go w tym stanie. Jego urocza buźka i niewinne ciałko należały wtedy do mnie, same błagały o więcej.
Nagle chłopak spiął wszystkie mięśnie. Uniósł się delikatnie, krzyknął i rozlał nasienie na swój brzuch. Jego dłonie mocno zacisnęły się na moich bokach.
Czując na swoim członku mocny ucisk, jęknąłem. Poruszyłem wtedy jeszcze chwilę biodrami, a po chwili sam doznałem spełnienia.
Odpłynąłem. Umarłem.
Przyjemność rozlała się po moim ciele i niemalże całkowicie sparaliżowała. Lekko pociągnąłem za jego blond włosy, a jak tylko chłopak na delikatny ból odchylił głowę, musnęłam wargami jego miękką szyję, z której spłynęła kolejna kropelka potu.
Minęła dłuższa chwila zanim wszystko opadło. Słyszałem jedynie swój szybki oddech i ten zdecydowanie bardziej dynamiczny, urywany, który należał do kochanka.
Kiedy umysłem powróciłem do życia, ostrożnie wysunąłem się z blondyna. Zdjąłem z członka prezerwatywę i wyrzuciłem ją do kosza stojącego w drugiej części pokoju.
Przeciągnąłem ramiona, po czym syknąłem. Poczułem jak rozciągam przy tym krwawe kreski na plecach, pozostawione przez mojego małego diabła.
Podszedłem do łóżka i już chciałem sięgnąć po swoją bieliznę, kiedy chłopak złapał mnie za nadgarstek i ponownie pociągnął na materac. Wpił się w moje wargi, a potem czule pogłaskał po policzku, by przyjemnie zakończyć stosunek.
Byłem nieco zaskoczony tym gestem, bo zwykle po seksie nie zdarzało mu się dziękować i żegnać pocałunkiem.
- Tego było mi trzeba - powiedział półprzytomnym tonem, odsuwając ode mnie. Wygodnie ułożył się na łóżku i przymknął na moment powieki. Oblizał miękkie wargi.
- Do usług - wymamrotałem, nasuwając na biodra bieliznę, a wraz z nią jeansowe spodnie.
- Poświęcę się dla innych, bo seks z tobą to prawdziwa udręka.
- Ach, czyżby? - Blondyn uniósł się na łokciach i dokładnie śledził jak ubierałem koszulkę. Uśmiechnął się delikatnie.
- A gdybym ci powiedział, że pieprzyłem się tylko z tobą?
Odwróciłem się do chłopaka, przeczesując palcami ciemną grzywkę. Zmarszczyłem brwi. Ciężko było mi uwierzyć w jego słowa.
- Trudno mi w to uwierzyć, skoro masz innego chłopaka na każdy kolejny dzień tygodnia.
- Zajęte mam tylko piątki.
Blondyn przygryzł dolną wargę, a potem usiadł na łóżku, okrywając się cienką fioletową, satynową pościelą.
- Pomyśl, ile moglibyśmy razem robić w pozostałe dni - powiedział rozmarzony, ponownie opadając plecami na łóżko. Przekręcił się na nim niespokojnie kilka razy. Gdy zwisał głową w dół, popatrzył na mnie i wyciągnął w moim kierunku ręce. Spojrzałem na jego delikatny, krzyżowy tatuaż, który poddał się pozycji ciała i sam lekko wygiął w łuk.
- Może wtedy mógłbyś się nawet we mnie zakochać? - Ukazał w prostokątnym uśmiechu szereg białych zębów.
- Musiałbyś się trochę bardziej postarać - odparłem.
Ukucnąłem przy twarzy blondyna i przeczesałem palcami jego jasne, mokre włosy.
- Skoro jesteś jutro wolny, to widzimy się w tym samym miejscu, o tej samej porze? - spytałem, patrząc na odwróconą do góry nogami twarz chłopaka.
Ten tylko kiwnął głową. Po chwili jednak przyciągnął mnie do delikatnego, niemalże motylego pocałunku.
- Mam na imię Taehyung - szepnął tuż przy moich wargach, wciąż zwisając głową w dół.
Nazywał się Taehyung…
Mój mały diabeł i kusiciel, nazywał się Taehyung.
Za tę informację oddałem mu resztę swojej duszy. Wziął już wszystko, co mogłem mu zaoferować poza sercem.
Niestety jego cena była wyższa niż mojego ducha, ale nie wątpiłem w to, że Taehyung nie cofnie się się przez niczym, by i je zdobyć.


~*~

niedziela, 11 września 2016

Saviour

~*~
Serce łomotało tak szybko, jakby zaraz miało wyskoczyć z piersi. Nie potrafiłem ani złapać oddechu, ani zatrzymać wzroku w jednym miejscu. O trzęsieniu się jak galaretka nie wspominając. Czułem, jakbym miał zaraz umrzeć ze zdenerwowania, zawstydzenia i miłości.
Wyciągnąłem przed siebie ręce, trzymając w obu dłoniach małą, białą kartkę.
- Hyung, proszę. Weź odpowiedzialność za moje uczucia - szepnąłem drżącym głosem. Chociaż obiekt moich westchnień był mojego wzrostu, nie potrafiłem unieść głowy i spojrzeć w jego oczy.
Tak, JEGO.
Gdy poczułem jak bierze ode mnie kartkę, nerwowo cofnąłem dłonie i wbiłem wzrok w czubki poszarzałych trampków.
Miałem ochotę się schować, włożyć głowę w piasek. Jak struś.
Dlaczego nie mogłem być strusiem...
Nerwowo skubałem paznokcie, czekając na jakąkolwiek reakcję z jego strony.
Może powinienem uciec?
Minęła dłuższa chwila, zanim zebrałem w sobie odwagę i nieśmiało uniosłem wzrok na starszego kolegę. Po jego minie nie mogłem nic wywnioskować. Stał z kamienną twarzą. Wszczepił swoje duże, niemalże czarne jak węgiel oczy w list, który mu dałem i podążał za znakami zalanymi szczerymi uczuciami.
Nie potrafiłem znieść tej ciężkiej atmosfery. Tego było za dużo.
Już odwróciłem się na pięcie, by, zachowawszy resztki godności, wyjść z sali, jednak wtedy poczułem, jak Jonghee łapie mnie za nadgarstek. Zastygłem. Wraz z jego dotykiem, cała krew w moim ciele zaczęła buzować. Moje policzki zróżowiały i nie musiałem spoglądać w lustro, aby wiedzieć, że wyglądam teraz jak mały pomidor.
Delikatnie odwróciłem głowę. Popatrzyłem z dezorientacją na hyunga. Wtedy mocno pociągnął mnie za rękę do siebie.
To było zbyt piękne.
W głowie już miałem obraz tego, co się zaraz stanie. Jak mocno mnie obejmie, a potem czule wyszepcze do ucha "Ja ciebie też, Jungkook".
Byłem pełen pozytywnych myśli i wierzyłem, że obraz rzucony przez oczy wyobraźni stanie się realny. Wszystko momentalnie zniknęło, kiedy zamiast zatrzymać się w jego ramionach, zostałem przewrócony na ziemię, a moje plecy spotkały się z metalowymi nogami krzesła i ławki. Syknąłem z bólu.
Jonghee nagle przykucnął naprzeciwko mnie, by móc z łobuzerskim uśmiechem popatrzyć na moją twarz.
- Więc jesteś pedałem?- zapytał.
Ton jego głosu był szyderczy, pełen pogardy i rozbawienia. Byłem zszokowany do tego stopnia, że łzy cisnęły mi się do oczu. Wstrzymywałem się przed wypuszczeniem ich na policzki szczególnie, kiedy powoli docierało do mnie, jak wielki błąd popełniłem, zakochując się w Jonghee.
Chłopak zbliżył niebezpiecznie twarz. Mogłem poczuć jego ciepły oddech na końcu swojego nosa, który okraszony był jego ulubionym zapachem oraz smakiem - mięty. Uwielbiał te gumy do żucia. Zawsze miał przy sobie paczkę.
- Tak? - Ciemnowłosy uniósł brew do góry.
Kiedy chciałem wstać, złapał mnie za ramiona i ponownie przygwoździł do chłodnych, metalowych części ławki. Jęknąłem z bólu, kiedy moje ramię otarło się o haczyk na torbę.
- Odpowiedz.
- Hyung, puść mnie... - wyszeptałem, niemalże błagającym tonem. Starszy stanął na równe nogi. Schował dłonie do kieszeni spodni i popatrzył na mnie z góry, jak na kogoś z gorszego gatunku, niegodnego nawet jego najgorszego grymasu
- Nawet nie wiesz, jak mnie teraz upokorzyłeś. Przez ciebie będą mnie teraz nazywać "przyjacielem pedała" - warknął.
Kiedy ponownie podjąłem próbę podniesienia się z ziemi, Jonghee złapał mnie za koszulkę i pociągnął.
- Nie masz już tutaj życia. Rozumiesz?
Resztkami sił odepchnąłem jego ręce, po czym wybiegłem z sali.  
Nie wiedziałem dokładnie dokąd zmierzałem. Chciałem tylko dobiec do miejsca, gdzie nikt mnie nie znajdzie, gdzie w samotności będę mógł policzyć na ile kawałków pokruszyło się moje serce i jak dużo ran tym jednym sprowadzeniem do parteru zadał Jonghee.
[...]
Gdy wszedłem do klasy, nikt nie odpowiedział na moje ogólnikowe cześć, które zawsze rzucałem. Czułem za to na sobie wzrok rówieśników.
Jedni się podśmiewali, drudzy wskazywali palcem. Niezbyt się tym przejąłem, jednak gdzieś w środku zacząłem się zastanawiać, co było przyczyną ich dziwnego zachowania.
Z głową pełną rodzących się myśli usiadłem na swoim miejscu, w środkowej ławce w rzędzie przy oknie i wyjąłem książki.
Nigdy nie przeszkadzała mi samotność. Miałem dzięki temu ciszę oraz spokój. Tym jednak razem, to wszystko było dla mnie bardzo krępujące. Ciągle czułem się nieswojo, tak, jakby ktoś mówił o mnie za plecami, jakby cała, klasowa uwaga skupiła się na mnie. Czy to za sprawą wczorajszych wydarzeń?
Oczywiście zabolało mnie odrzucenie przez Jonghee, ale jeszcze bardziej we mnie uderzyło to, jak mnie potraktował. Przecież on był taki idealny! Blady, szczupły, inteligentny, przystojny, miły dla wszystkich i serdeczny... Co się nagle zmieniło? Nie lubił mnie w ten sam sposób, ale nie usprawiedliwiało to jego wręcz chuligańskiego zachowania.
Co ja sobie w ogóle myślałem? Że najprzystojniejszy chłopak w szkole nagle okaże się zdeklarowanym gejem i, co lepsze, odwzajemni moje uczucia?
Głupi Jungkook!
Schowałem twarz w dłoniach i oparłem łokcie na blacie drewnianej ławki.
Po chwili rozbrzmiał dzwonek, wraz z którym, do klasy wszedł nauczyciel. Po przywitaniu rozpoczęła się lekcja. Słuchałem dokładnie tematu lekcji, robiąc przy tym dość skrupulatne notatki.
W pewnym momencie zobaczyłem, jak na mojej ławce ląduje zwinięty w kulkę papier. Zmarszczyłem brwi. Wziąłem kulkę w ręce i rozwinąłem ją.
Hej Słoneczko, robisz coś wieczorem?
Mimochodem rozejrzałem się po klasie, jakbym liczył na to, że wyłapię nadawcę tej głupiej wiadomości. Mój wzrok powędrował na dwójkę chłopaków, którzy siedzieli po przeciwnej stronie klasy i śmiali się.
Zignorowałem ich głupie zachowanie. Zgniotłem tylko kartkę i odrzuciłem w ich kierunku.
[...]
Jak się okazało, incydent z głupią wiadomością był tylko małym początkiem piekła, jakie rozpętało się w moim życiu.
Dlaczego mnie musiało to spotkać? Dlaczego nie mogłem w spokoju być sobą?!
Chodzenie do szkoły stało się dla mnie udręką. Każdy dzień przynosił nowe, nieprzyjemne doświadczenia.
Podarta koszulka, plecak wymazany wyzwiskami, wysłuchiwanie wszystkich oszczerstw - to nie było dla mnie teraz nic nadzwyczajnego. W tym krótkim czasie zdążyłem "zakolegować" się z nowymi pseudonimami: pedał, gejuch, męska dziwka... Nie wspominając o głupich docinkach.
Każdego dnia po prostu czekałem na ich kolejny przejaw stręczycielskiej kreatywności.
- Jungkook?
Niski głos Taehyunga wyrwał mnie z rozmyślań. Przeniosłem swój wzrok na przyjaciela, który po chwili zanurzył wargi w parującej, świeżej kawie.
- Mhm? - mruknąłem.
- Pytałem, czy pójdziesz ze mną i Yoongim na lodowisko. - Starszy popatrzył w moje oczy, na co zareagowałem bladym, delikatnym uśmiechem..
- To miłe, ale chyba spasuję. Nie będę wam psuł randki - odparłem
- Gdybyś miał przeszkadzać, to bym ci tego nie proponował. - Taehyung wydął dolną wargę, robiąc przy tym minę smutnego szczeniaka.
- Poza tym, wciąż się trochę stresuję, kiedy on jest obok. Ja wiem, że spotykamy się już z dobre dwa miesiące, ale wciąż mam te same motylki w brzuchu - powiedział wesołym, błogim tonem. Odłożył kubek kawy i oparł policzki na dłoniach, całkowicie się rozmarzywszy.
Z jednej strony cieszyłem się szczęściem przyjaciela. Z drugiej natomiast cholernie zazdrościłem. Trafił na kogoś, kto pokochał go ze wzajemnością. Taką samą szczerą, bezwarunkową miłością.
Yoongi był studentem, podczas gdy Tae był w ostatniej klasie liceum. Gdzie on go znalazł? Sam nie wiem. Czy to było aż takie ważne? Póki było im ze sobą dobrze, nic więcej nie miało znaczenia.
- Zachowujesz się ostatnio dziwnie. Wszystko w porządku? - Tae skierował na mnie swój pełen troski wzrok.
- Wybacz, nie chcę o tym rozmawiać. Tak właściwie, to muszę się już powoli zbierać.
W pośpiechu złapałem swoją kurtkę, szalik i plecak, po czym bez słowa więcej opuściłem kawiarnię, w której spotkaliśmy się dzisiejszego poranka.
Narzuciłem na siebie odzienie, a miękkim szalikiem oplotłem szyję. Potem ruszyłem w stronę szkoły.
Bałem się dzisiejszego dnia. Na samą myśl dostawałem dreszczy.
Intuicja podpowiadała mi, że dzisiaj stanie się coś wyjątkowo niedobrego.
[...]
Czyżby intuicja mnie zawiodła? Minęła już długa przerwa, a ja wciąż miałem spokój! Czyżby znudziło im się dręczenie biednego pierwszaka?
Po cichu miałem taką nadzieję.
Nauczyciel poprosił mnie do pokoju, bym pomógł mu z przestawieniem pudeł. Gdy się z tym uporałem, było wciąż przed dzwonkiem.
Spokojnie wracałem do klasy, obrawszy wcześniej drogę przez boczny korytarz. Był po prostu krótszy. Niestety, albo i stety, mało osób się tutaj zapuszczało. Szczerze mówiąc, byłem tym trochę zaskoczony.
Nagle zbliżyła się do mnie grupka starszych chłopaków. Pojawili się jakby znikąd, jakb wyrośli spod ziemi.
Chciałem ich zignorować i po prostu przejść dalej. To jednak okazało się niemożliwe.
Jeden z nich złapał mnie za kołnierz marynarki i z całej siły pchnął na ścianę.
- Wiesz gówniarzu, że mają mnie teraz za pieprzonego homosia?!
Jak tylko otworzyłem zaciśnięte ze zdenerwowania oczy, zobaczyłem Jonghee. W złości mocno zaciskał dłonie na mojej marynarce.
Nie chciałem na niego patrzeć. Nie potrafiłem.
Przez moją lekkomyślność, przez to, że chciałem poczuć się w końcu szczęśliwy narobiłem problemów nie tylko sobie, ale i osobie, na której mi tak zależało...
- Nie chciałem - szepnąłem.
Ostrożnie odepchnąłem ręce hyunga. Chciałem odejść, jednak wtedy jeden z jego kolegów szarpnął mnie za ramię i znowu przyszpilił do ściany. W tym samym momencie poczułem mocne uderzenie w brzuch. Syknąłem z bólu. Odruchowo chciałem się skulić, jednak nie mogłem.
- Przeproś. - Głos Jonghee był stanowczy i pełen nienawiści. - Nie słyszałeś? Przeproś! - Kiedy nie usłyszał ode mnie żadnej odpowiedzi, po prostu rzucił mnie na ziemię. Drugi z jego kolegów kopnął mnie w udo, co momentalnie odczułem na niemalże całym ciele. Ból rozszedł się po wszystkich nerwach. Zacisnąłem jedynie zęby, jakbym chciał tym stłumić natężenie odczuwalnych ciosów.
Nie miałem ochoty ruszać się z ziemi. Chłód gresowych płytek dawał mi swojego rodzaju ukojenie. I przy okazji łagodził ból. Skuliłem się, zasłaniając rękami twarz.
- Hej! Co wy robicie?
Po korytarzu rozległ się głos jednego z profesorów.
Nauczyciel przepędził oprawców i bezzwłocznie do mnie podszedł. Uklęknął obok.
Mówił coś, ale nie docierały do mnie jego słowa. Moje oczy całkowicie się przeszkliły. Znalazłem w sobie jedynie siłę, by wstać i uciec.
Biegłem po prostu przed siebie. Na schody. Byle jak najwyżej. Jak najdalej.
Pchnąłem ciężkie, metalowe drzwi i już po chwili przed moimi oczami ukazał się rozmazana przez łzy panorama miasta.
Dach.
Było tutaj tak cicho i spokojnie…
Wszystkie głośne myśli wyłączyły się w momencie, w którym podszedłem do balustrady zabezpieczającej. Popatrzyłem chwilę na miasto, pozwalając łzom spokojnie spływać po policzkach.
Miałem dość.
Nie chciałem czuć się więcej poniżany i wyśmiewany. Do tego przez osobę, którą kochałem.
Nie potrafiłem nawet opisać uczuć, jakie mi wtedy towarzyszyły. Czułem bezsilność. To przeze mnie Jonghee także ma problemy. Może faktycznie sam jestem sobie winien?
Bezsilnie usiadłem na chłodnym betonie, opierając się plecami o balustradę. Podkuliłem nogi. Złożone ręce oparłem na kolanach i schowałem w nich twarz.
Nie miałem pojęcia, jak długo tam siedziałem. Miałem wrażenie, jakbym wypłakał wszystkie łzy, a wraz z nimi swoją całą chęć do życia.
- To moja miejscówka. Co tutaj robisz?
Na melodyjny, dość przyjazny głos odruchowo podniosłem głowę.
Przed moimi oczami ukazał się chłopak. Na oko odrobinę niższy ode mnie. Miał wsunięte dłonie w kieszenie ciemnych spodni i lekko się nade mną pochylał. Dzięki temu mogłem dostrzec jego twarz.
Miał wąskie, ciemne, bystre oczy, które przysłaniały brązowe włosy z jaśniejszymi refleksami, które przecięły te ciemne kosmyki, jak tylko zawiał mocniej wiatr.
Chłopak wyjął dłoń by poprawić grzywkę.
Bez żadnego słowa wstałem z miejsca. Pociągnąłem nosem i odwróciłem się w stronę wyjścia.
- Ej, poczekaj!
Nie zareagowałem. To najwidoczniej nieco rozzłościło szatyna, gdyż nagle pojawił się przede mną, nie pozwalając mi dalej przejść.
- Czego? - rzuciłem nieprzyjemnie.
- Niczego. Nikt tutaj nie przychodzi bez powodu. Coś się stało?
- Co cię to obchodzi? Daj mi spokój. - Zrobiłem krok w lewo, by wyminąć chłopaka, jednak już po chwili ten znowu pojawił się przede mną.
- Teraz zaczęło mnie obchodzić.
- Niby dlaczego miałbym z tobą rozmawiać? Nie znam cię. Pozwól mi przejść. - Popatrzyłem surowym wzrokiem na nachalnego nieznajomego.
- No właśnie dlatego.
Nie miałem siły użerać się z tym typem. Przeszedłem obok niego, jednocześnie szturchając go ramieniem. Wiem, że było to niegrzeczne, ale skoro inaczej się nie dało...
Gdy zszedłem na dół schowałem się w łazience. Doprowadziłem się do jakiegoś powierzchownego porządku, za którym mogłem ukryć zadane rany, a gdy rozbrzmiał dzwonek, wróciłem do klasy.
Moim rówieśnikom nie umknęły jednak delikane zadrapania i poszarpana koszula. Jednak zareagowali na to tylko śmiechem.
[...]
Dach stał się moim ulubionym miejscem. Nie przewijał się tam nikt. Prawie.
Poza mną był tam jeszcze on. Ten uporczywy, nachalny szatyn, któremu prawdopodobnie podebrałem miejsce.
Przypadkiem dowiedziałem się, że był w ostatniej klasie i tańczył. Te informacje mi wystarczały, bo nie miałem zbytnio ochoty się z nim spoufalać. On jednak skutecznie mi to utrudniał.
Dzień w dzień, na najdłuższej przerwie przychodził na dach i pytał, czy wszystko ze mną dobrze. Nigdy mu nie odpowiadałem. Po prostu wtedy odchodziłem.
Dlaczego więc wciąż się do mnie uśmiechał i mimo mojej obojętności, a nawet wręcz niechęci, chciał ze mną rozmawiać?
Gdyby nie to, że dach był jedynym, spokojnym miejscem, gdzie mogłem się ukryć, pewnie przestałbym tam przychodzić.
Przez ostatni miesiąc jednak dużo się zmieniło. Chłopak nie pytał. Opowiadał mi za to różne historie, a ja już od niego nie uciekałem.
Nie zmieniało to faktu, że wciąż się do niego nie odzywałem. Nie potrafiłem jednak ukryć tego, że z uwagą słuchałem jego słów.
O czym mi opowiadał? Właściwie o niczym, co mogłoby być dla niego jakieś mega ważne.
Mówił o książkach jakie przeczytał, filmach, które obejrzał, tańcu. Czasami opowiadał o ciekawych sytuacjach, które działy się w jego klasie.
Serce zaczynało mi szybciej bić, kiedy pomiędzy wierszami padało imię Jonghee.
On nie tylko był z nim w klasie, ale, jak zrozumiałem z jego historii, dogadywali się też całkiem dobrze.
W takim więc razie, szatyn musiał wiedzieć, kim jestem.
Miałem w głowie tyle pytań, które chciałbym mu zadać. Jednocześnie przez te parę miesięcy chyba zapomniałem, jak to jest w ogóle coś powiedzieć.
Ludzie, których do tej pory uważałem za szkolnych przyjaciół odwrócili się ode mnie. Tak naprawdę poza Taehyungiem, który chodził do innej szkoły, i rodziną nie miałem się do kogo odezwać. Kiedy siedziałem w szkole, nie mówiłem praktycznie nic. Już nawet nie odszczekiwałem się na jakieś chamskie uwagi.

Jak codziennie siedziałem na dachu. Zmęczony dłużącym się dniem, opadłem plecami na chropowatą, betonową powierzchnię.
Wpatrywałem się w niebo, które przez swoją dość ciemną barwę zwiastowało mocną ulewę. Chmury kłębiły się i dość szybko przemieszczały. Dawało to wrażenie ulotności, a uczucie upływającego czasu tylko coraz dosadniej dawało mi odczuć, że stanąłem w miejscu.
Uniosłem delikatnie rękę. Rozpostarłem swoje długie palce. Przez moment patrzyłem, jak pomiędzy nimi przewijają się chmury.
Nagle moim oczom ukazała się odwrócona do góry nogami twarz mojego "dachowego kolegi". Nieco mnie tym przestraszył, więc zanim dotarło do mnie kto dotrzyma mi towarzystwa przez tę przerwę, wzdrygnąłem się i wstrzymałem oddech.
- Chłodno dzisiaj, prawda? - zagaił.
Starszy siedział na piętach, z rękami w kieszeniach spodni i pochylał się lekko nade mną.
Zmieniłem pozycję do siedzącej, po czym pokiwałem zgodnie głową.
- Wiesz, byłem w takiej chińskiej restauracji... - zaczął.
Z uwagą zacząłem przysłuchiwać się historii, którą chciał się ze mną podzielić.
Ostatnio zastanawiałem się nad nim. Wciąż nie wiedziałem, co nim kierowało, by mimo wszystko ze mną rozmawiać. Jednak na jego zwykłe, codzienne opowiadanie czekałem z niecierpliwością. Był to zdecydowanie mój ulubiony moment dnia.
I chociaż nie wiedziałem o nim nic, tak naprawdę wiedziałem wszystko. Co lubił jeść, jakie książki czytał, jakiej muzyki słuchał. Dowiadywałem się o tym samoistnie, a jednak chciałem też wiedzieć o nim więcej.
Poza tym, lubiłem słuchać jego głosu. Był on co prawda dość wysoki, trochę piskliwy, a jego busanowski dialekt momentami był dla mnie niezrozumiały, ale mimo wszystko był tym głosem, który słyszałem najczęściej.
Zatracając się w swoich myślach całkowicie straciłem koncentrację, przez co minęło mi pół jego historii. Ocknąłem się jednak na chyba najbardziej odpowiedni moment.
Chłopak wyjął z kieszeni mały woreczek, w którym znajdowały się dwa ciastka. Zdziwiony przeniosłem wzrok na towarzysza. Zmarszczyłem pytająco brwi i przechyliłem głowę.
- To ciasteczka z wróżbą, jakie dostałem. Nie jestem przesądnym człowiekiem, ale czasami fajnie się w coś takiego pobawić.
Szatyn obdarzył mnie szczerym uśmiechem, przez który jego oczy się przymrużyły. Podał mi jedno ciastko, a drugie sam wziął w swoje dość małe dłonie.
Skinąłem głową w geście podziękowania.
Obaj przełamaliśmy ciastka w tym samym momencie i od razu sięgnęliśmy po wąskie, białe karteczki z wróżbą.
- „Czytaj jak najwięcej, mów jak najmniej.”? - zdziwił się - i to ma być wróżba? Przecież to cytat jest! - Chłopak nadął w złości policzki. Po chwili schował kartkę do kieszeni i wsunął jedną część ciastka do buzi.
- A ty co masz? - spytał, ładując do ust resztę smakołyku. Przysunął się do mnie, po czym spojrzał na trzymaną przeze mnie kartkę.
"Tragedia trwa chwilę, reszta Twojego cierpienia to Twoje dzieło".
Zatrzymałem swój wzrok na kartce, analizując każdy znak, który po połączeniu z kolejnym tworzył całe zdanie.
Nie, to nie jest cierpienie, które sam sobie wymyśliłem. Przecież sam się nad sobą nie pastwię. Sam się nie biję, sam nie przysparzam sobie nieszczęść, sam nie popycham się na schodach.
Tragedia może i trwała tylko przez chwilę, ale to wszystko, co działo się potem nie było "moim dziełem". Bo nie było... Prawda?
- W ogóle, to mam małą propozycję - zaczął szatyn.
Przeniosłem na niego swoje duże oczy i skinąłem głową na znak, by kontynuował.
- Niedaleko otworzyli nową kawiarnię, gdzie podają podobno bardzo dobrą bubble tea. Nie miałem jeszcze okazji jej spróbować, a moi znajomi jakoś nieszczególnie za nią przepadają. Masz może ochotę się ze mną tam wybrać po szkole?
Propozycja chłopaka nieco mnie zaskoczyła.
Co do cholery nim kierowało? Przecież nawet nie wiedziałem, jak ma na imię! Nie odzywałem się do niego! Czy mu to w ogóle przeszkadzało?
Byłem coraz bardziej ciekawy hyunga.  Rodziło się w mojej głowie tyle pytań. Być może będę w stanie mu kiedyś je zadać?
Wydałem z siebie pomruk zgody, który od razu wywołał na buzi starszego uśmiech. Był on tak zaraźliwy, że sam lekko uniosłem kąciki.
- Świetnie. W takim razie, widzimy się przy wyjściu głównym o 15 - powiedział, po czym podniósł się z miejsca. Poczochrał delikatnie moje włosy.
Wraz z jego dotykiem, po moim ciele przeszedł dziwny dreszcz. Uczucie, którego nie potrafiłem opisać. Coś podobnego do motylków w brzuchu, ale nie do końca...
Uniosłem głowę i popatrzyłem z dołu na szatyna. Ciągle się uśmiechał i to właśnie tym gestem mnie pożegnał.
Siedziałem jeszcze dłuższy moment w miejscu, zastanawiając się nad tym wszystkim. A co jeżeli hyung robi to, by móc się później ze mnie nabijać?
Coraz więcej pytań pojawiało się w mojej głowie. Nie miałem jednak odwagi, by je wypowiedzieć, a co dopiero zadać starszemu.
Pokręciłem głową, chcąc odtrącić wszystkie wątpliwości. Pójdę z hyungiem na tę herbatę. Gorzej przecież być nie może.
[...]
Zajęcia skończyłem godzinę wcześniej niż mój "dachowy kolega". Siedziałem więc przez pozostały czas na dachu, dopóki z nieba nie zaczęły spadać krople deszczu.
Następne kilkanaście minut przeczekałem na klatce schodowej przed wejściem na dach.
Kiedy natomiast nadeszła już 15, czekałem gotowy do wyjścia w umówionym miejscu, trzymając w ręce przezroczysty parasol.
W duchu dziękowałem mamie za to, że zmusiła mnie do wzięcia go z domu tamtego dnia.
Hyung schodził po schodach w towarzystwie wyższego chłopaka, który o mało co nie spadł z nich, kiedy razem zaczęli robić jakieś śmieszne, taneczne ruchy.
Wyższy wydał z siebie przeraźliwy krzyk, będąc na granicy między życiem a śmiercią, jednak zanim ten runął na parter z kilku ostatnich schodków, szatyn złapał go za ramię.
Hyung dostrzegł mój wzrok. Nieco zmieszany uśmiechnąłem się i skinąłem głową w geście kolejnego już tego dnia przywitania. Ten tylko odwzajemnił uśmiech.
Zszedł z kolegą na dół. Nieznajomy nie wyglądał na ucznia naszego liceum. Był starszy od hyunga, nie miał mundurka. Moje wątpliwości co do wieku nowego osobnika zostały rozwiane, kiedy ten powiedział "Jesteś bardzo kłopotliwym dongsaengiem".
Obaj pożegnali się mocnym uściskiem dłoni i wesołymi śmiechami. Nieznajomy wszedł w drugi korytarz, natomiast hyung szybko zmienił buty, a po dwóch minutach już podszedł do mnie.
- Trochę pada na dworze. Szlag by to... Nie wziąłem parasolki - powiedział, przerzucając przez jedno ramię plecak.
Uniosłem lekko swoją parasolkę oraz dwa palce drugiej dłoni.
- Jesteś pewny, że obaj się pod nią zmieścimy? - spytał.
Kiwnąłem zgodnie głową.
Chłopak uśmiechnął się do mnie. Pierwszy zainicjował ruch, więc podążyłem za nim i już po chwili kroczyliśmy po dość ruchliwej ulicy, dzieląc parasol.
Hyung zaczął opowiadać o tym, kim jego przyjaciel. Dowiedziałem się, że nazywał się Hoseok, ale on wołał na niego Hobi. Razem tańczyli w undergroundzie, ale z jego zachwytu nad starszym kolegą mogłem wywnioskować, że trochę zazdrościł mu jego talentu.
- I ten jego przeklęty popping! Dlaczego on może tak doskonale spinać stawy, a ja nie? On przecież też ma kości!
Tak, już wtedy byłem pewny, że mu zazdrościł.
Chłopak zdawał się być tym nawet lekko podirytowany. Jego głos się uniósł i wskoczył na poziom pomiędzy chorą zazdrością, a nienawiścią.
Ale przecież uwielbiał swojego hyunga...
- Jimiiin!
Szatyn przerwał, jak tylko do naszych uszu dobiegło wołanie.
Jimin... Nazywa się Jimin?
Hyung odwrócił się w stronę źródła dźwięku. Podążając za nim, zrobiłem to samo. Widząc jednak Jonghee, wróciłem do poprzedniej pozycji i zatrzymałem wzrok na czubkach swoich butów. Chciałem odejść, jednak wtedy przypomniałem sobie, że tylko dzięki mojej parasolce Jimin nie moknie.
- Cześć! Już wracasz do domu?
Nie widziałem tego, co się działo. Usłyszałem jedynie klaśnięcie, które mogło tylko oznaczać, że obaj się przywitali.
- Nie, chciałem jeszcze wejść do księgarni po jakieś dodatkowe materiały - powiedział Jonghee.
Dlaczego w tamtym momencie znowu odczułem, że był idealny?
- Ale zobaczyłem, że idziesz. Nie wiedziałem, że lubisz towarzystwo pedałów.
I znów wrócił ten Jonghee, którego z całego serca nienawidziłem.
Zacisnąłem mocniej palce na parasolce, co chyba nie umknęło uwadze szatyna.
Wtedy poczułem, jak Jimin obejmuje mnie ramieniem.
- Nie wiedziałem, że będziesz mi tego tak zazdrościł.
Lekko odwróciłem głowę, by móc popatrzeć na twarz hyunga. Jego uśmiech był cwany, chuligański i pewny siebie. Biła od niego charyzma, której nie potrafiłem wytłumaczyć. Ale nawet ja poczułem się nią dotknięty. I to nie tylko ze względu na fizyczny dotyk.
- Nie zazdroszczę. Mam przez niego same problemy! Gówniarz powinien wiedzieć, gdzie jest jego miejsce.
Za każdym razem, gdy słyszałem jego głos, czułem się malutki. Bezradny. Jak zmęczona ucieczką mysz, która na swojej drodze napotkała wygłodniałego, rozwścieczonego kota.
- Och, proszę cię. Gdybyś za wszelką cenę nie próbował go kompromitować, nie miałbyś żadnych problemów. Zastanów się nad tym co robisz, bo zacząłeś bardzo gwiazdorzyć, wiesz? - Ręka hyunga zsunęła się z mojego ramienia. Kątem oka dstrzegłem, jak ten podchodzi do Jonghee i patrzy mu z wrogością w oczy.
- I daj mu spokój. Dobrze ci radzę.
Głos Jimina mnie samego przyprawił o ciarki. Brzmiał tak, jakby wydawał rozkaz i ostrzeżenie w jednym.
Wyglądał naprawdę przerażająco, mimo że Jonghee był nieco od niego wyższy.
Hyung musiał cieszyć się naprawdę dużym respektem.
- Jak chcesz. Niech towarzystwo pedałów sprawia ci przyjemność - Jonghee uśmiechnął się teatralnie.
- Dziękuję. Pozdrów swoich kumpli. I nie zapominaj, że w każdej chwili mogą zobaczyć zdjęcie, które chyba bardziej cię skompromituje niż wyznanie dzieciaka, prawda? - Jimin odwdzięczył mu się tym samym, sztucznym gestem.
Jonghee wyminął nas, przy okazji szturchając mnie czepialsko ramieniem.
Mój mózg potrzebował chwili, by zarejestrować wszystko, co się wydarzyło.
Jimin stanął w mojej obronie.
Jimin ma ogromny autorytet.
"Dachowy kolega" ma na imię Jimin.
- Przepraszam za niego. Może i wygląda na mądrego, ale uwierz mi. To kompletny kretyn jest. Zresztą, sam się chyba o tym przekonałeś... O-ojej... No weź! Co ty? Nie płacz!
Dopiero na słowa hyunga zorientowałem się, że łzy spływały z moich oczu po policzkach niczym bierząca woda z kranu.
Jimin zaczął machać rękami, nie wiedząc co ma ze mną zrobić, a ja stałem jak słup soli pod tym parasolem, zajmując się płaczem jak jakieś małe dziecko.
Opuściłem lekko głowę i wytarłem rękawkiem lekkiego swetra mokre policzki.
- Dziękuję, hyung - szepnąłem.
Nie widziałem reakcji starszego. Poczułem za to jak opiekuńczo poklepał mnie po ramieniu, a potem pogłaskał po włosach.
- Jimin - powiedział - jestem Jimin.
Uniosłem lekko głowę, by móc popatrzeć na hyunga.
- To ja dziękuję, że znowu mogę usłyszeć twój śliczny głos.
Jego promienny uśmiech rozświetlił mój dzień. Mimo pochmurnej pogody, dostrzegłem swoje słońce. Nazywał się Jimin - mój wybawca.
- I przestań już beczeć, bo brzydko wyglądasz! Chodźmy na tę herbatę bo już mi się pić chce!
Ochoczo kiwnąłem głową.
Jak tylko hyung ruszył z miejsca, podążyłem za nim, dopóki nie zrównaliśmy kroków.
- Skąd...? - rzuciłem, kiedy po dotarciu na miejsce i zamówieniu herbat, zajęliśmy miejsce przy jednym ze stolików.
- Skąd wiedziałem? Nie było to żadną tajemnicą. O zakochanym Jeonie Jungkooku z pierwszej klasy wiedział chyba każdy. Nie do końca rozumiałem, o co chodziło Jonghee. Może po prostu musiał na kimś się wyżyć? - Widząc moje zdezorientowane spojrzenie, kontynuował - Jonghee ma trudną sytuację w domu. Rodzice go bardzo cisną do nauki. Ma być prawnikiem, albo przejąć rodzinny biznes. Są bardzo szanowaną rodziną, więc nie ma możliwości sprzeciwu. Do tego wszystkiego jest jedynakiem, więc presja jest jeszcze większa.
Wsunął do ust grubą rurkę i upił łyk herbaty. Wydał z siebie pomruk zadowolenia, który mnie samego zachęcił do spróbowania swojego napoju.
- I jak? Dobre? - spytał z uwagą, spoglądając prosto w moje oczy. Oparł żuchwę na dłoni i po prostu mi się przyglądał. Byłem jednak zbyt zafascynowany odkryciem nowego, wspaniałego smaku, by odczuć intensywność, z jaką Jimin świdrował mnie wzrokiem.
Kiwnąłem jedynie głową, ponownie upijając łyk.
- Dawno nie próbowałem niczego nowego. To jest wspaniałe! - powiedziałem z ekscytacją, unosząc lekko plastikowy kubeczek w dłoniach.
W odbiciu szyby za plecami Jimina dostrzegłem, że wyglądałem jak mały dzieciak, który dostał upragnioną zabawkę.
- Cieszę się. - Głos hyunga był ciepły, czuły i szczery. Bardzo przyjacielski.
Miałem wrażenie, jakby samymi słowami przekazywał mi ogrom miłości i czułości.
Woah! Jungkook! Wróć! Miłości? Zagalopowałeś się.
[...]
Po tym, jak Jimin rozmawiał z Jonghee, miałem naprawdę dużo spokoju. Od kilku dni chodziłem do szkoły z większą chęcią.
Ludzie z klasy na nowo zaczęli ze mną rozmawiać. Nie były to oczywiście żadne większe rozmowy, ale zwykłe "cześć". Zawsze coś.
Powoli wracałem do stanu sprzed tych wszystkich wydarzeń, kiedy to rozmawianie z ludźmi sprawiało mi jeszcze jakąś przyjemność.
Póki co, największą radość czerpałem z czasu spędzonego z Jiminem i tak naprawdę tylko z nim rozmawiałem. Ale nie potrzebowałem więcej.
Tematy luźnych książek, filmów, spędzonego dnia i jedzenia, zastąpiło szukanie wspólnych zainteresowań i poznawanie siebie nawzajem.
Każdego dnia siedzieliśmy na dachu. Jimin przynosił wtedy moje ulubione bubble tea, które wypijałem niemalże jednym duszkiem. Hyung dopijał swoją do połowy, mówił, że już nie może, a potem z uśmiechem obserwował, jak wypijam jego porcję.
Na początku irytował mnie ten jego świdrujący wzrok. Czułem się przez niego niemalże nagi.
Ale z czasem się do niego przyzwyczaiłem i zaczynałem wysuwać różne teorie na ten temat.
Teorią jednak nie było to, że z każdą rozmową, w moim brzuchu pojawiało się więcej motyli.
Przyłapywałem się także na tym, że sam zacząłem "przypadkiem" dotykać jego dłoni, kiedy podawał mi kubek z herbatą czy siadać obok niego w taki sposób, by jakąkolwiek częścią ciała go dotknąć.
Tamtego dnia był pierwszy dzień ostatniego tygodnia szkoły przed wakacjami. Chciałem zaproponować Jiminowi widywanie się w czasie wolnym. Poza tym, bardzo chciałem iść z nim do aquaparku. Wiedziałem z jego opowiadań, że lubił pływać. A ja lubiłem patrzeć, kiedy Jimin odczuwał radość.
Hyunga jednak nie było. Nie przyszedł na żadnej przerwie, nie widziałem go nigdzie w szkole.
- Może jest chory? - pomyślałem, kiedy następnego dnia również się nie pojawił.
Z ciekawości poszedłem do wychowawcy klasy, do której uczęszczał Jimin i spytałem, czy zna powód jego nieobecności.
- Park niestety miał mały wypadek i jest w szpitalu. Nie wiem nic więcej...
Odkąd usłyszałem te słowa, nie pamiętałem nic. Nie pamiętałem jak dotarłem na lekcje, jak w trakcie wybiegłem ze szkoły i pognałem do jednego szpitala. Błąkałem się po mieście dopóki nie trafiłem do tego budynku, gdzie usłyszałem "drugie piętro, sala numer 125".
Winda nie przyjeżdżała. 30 sekund, 40 sekund, minuta...
Nie mogłem czekać. Wbiegłem na schody i już po dłuższej chwili znalazłem się pod salą.
Przez szklaną szybę widziałem Jimina, który z bandażem na głowie i maską tlenową leżał pod białą kołdrą.
Dźwięk pikających maszyn przeszywał moje uszy na wylot, przyprawiał o nieznośny ból głowy.
Wziąłem głęboki oddech. Po uspokojeniu wszystkich nerwów uchyliłem lekko drzwi i wszedłem na salę.
Ostrożnie podszedłem do leżącego Jimina. Nie wiedziałem, co się stało... Widziałem tylko kilka zadrapań, przeciekającą przez materiał bandażu krew i gips, który otulał nadgarstek i przedramię hyunga. Był blady jak biała kołdra, pod którą leżał. Gdyby nie jego brązowe włosy oraz plama na bandażu, pewnie całkowicie by się z nią zlał.
Ostrożnie dotknąłem opuszkami palców wierzchu jego drobnej dłoni.
W tym samym momencie Jimin otworzył oczy i popatrzył na mnie zmęczonym wzrokiem. Uśmiechnął się jednak na mój widok. Nieco blado, jakby wymusił ten gest resztkami swojej egzystencjalnej siły.
- H-hyung? Co się stało? Dlaczego tutaj jesteś? - spytałem. Cały trząsłem się z emocji.
Jimin widząc mój stan wyszukał moją dłoń, po czym ujął ją i wplótł swoje palce.
- Nie słyszę - szepnął cicho. Jego głos się załamał w tych dwóch słowach. Uśmiechnięte policzki hyunga okrasiły spływające łzy, a kąciki ust powoli opadały, tworząc uśmiech pełen bólu.
- Co? Jak to nie słyszysz? Jimin...
Czy powinienem coś w ogóle mówić? Jak miałem do niego nie mówić? Jak miałem nie mówić do jedynej osoby, z którą chciałem rozmawiać?
Ścisnąłem mocniej dłoń Jimina. Dlaczego akurat teraz...
Dlaczego akurat teraz, kiedy chciałem powiedzieć mu tyle ważnych rzeczy?!
Wolną dłonią otarłem z jego lewego policzka łzy.
Chciałem mu powiedzieć "Hyung, będzie dobrze". Ale jak miałem to zrobić, skoro i tak by tego nie usłyszał?
Niepewnie ująłem w obie dłonie jego rękę, po czym przytknąłem ją do swoich ust, pozostawiając na jej wierzchu motyli pocałunek.
- Chciałem tylko kupić herbatę... - wyszeptał w pewnym momencie - ja cię niestety teraz nie usłyszę, ale to ty mnie posłuchaj. Tak jak kiedyś. Nie wiem, co przyniesie przyszłość. Nie wiem, czy będę mógł cokolwiek usłyszeć. Ale chciałbym, żebyś... - Nie pozwoliłem hyungowi dokończyć. Jak tylko ten podniósł się do pozycji półsiedzącej, objąłem go ramionami i przytuliłem.
- Żebyś mnie teraz nie zostawiał.
Jego drżący, płaczący głos wbił się w moje uszy tak mocno, że jeszcze przez moment rozbrzmiewał w mojej głowie.
- Nie zostawię cię. Za mocno cię kocham - szepnąłem. Wiedziałem, że Jimin nie mógł tego usłyszeć. Właśnie to mnie zabolało. To, że kiedy w końcu mogę wręcz wykrzyczeć swoje uczucia komuś, kto na nie naprawdę zasługuje, ta osoba ich nie usłyszy.
Musiałem jednak pozostać silny. Dla niego. Musiałem odwdzięczyć mu się za to, że był, kiedy go wcale o to nie prosiłem.
[...]
Minęły już 3 lata. Moje życie z Jiminem potoczyło się krętą drogą, ale i tak kończyliśmy w jednym miejscu.
Pod salą operacyjną, gdzie po raz kolejny próbowano odzyskać słuch Jimina.
Początki naszej komunikacji były trudne. Najpierw to ja się nie odzywałem, a gdy już zacząłem, a nawet powoli się rozkręcałem, Park stracił słuch. O ironio...
A co się tak w ogóle stało?
Jimin szedł rano po nasze codzienne bubble tea i spadł ze schodów. Potknął się, zleciał w dół, uderzył głową o ostatni stopień.
Obudził się dość szybko, już w szpitalu, ale nic nie słyszał.
Ot co się stało. Niby zwykły wypadek, ale odebrał Jiminowi to, co najcenniejsze. Jeden ze zmysłów.
Przez to musiał przerwać taniec, na środek ostatniego roku przenieść do szkoły specjalnej. Najgorsza była nauka migowego. Ale podjąłem naukę razem z nim. Byłem przez to stałym bywalcem w jego domu. Poznałem jego rodziców, którzy chyba mnie polubili. To dzięki ich pomocy mieszkam razem z Jiminem w naszych własnych, czterech ścianach. Ja się wciąż uczę, ale Park mimo swojej niepełnosprawności pracuje. Tłumaczy teksty prawne. Nie musi do tego słuchać,wystarczy, że potrafi czytać.
Nie potrafiłem określić tak do końca naszych relacji... Niby spaliśmy w jednym łóżku, niby uprawialiśmy miłość, niby żyliśmy razem, ale nigdy nie padły żadne większe deklaracje.
Bolało mnie to, że Jimin nie słyszał, ile razy wyznawałem mu miłość.
Gdy zasypiał na moich kolanach, gdy tulił się do mnie, gdy się do mnie uśmiechał. Zawsze mówiłem mu, jak bardzo go kochałem. Robiłem to też po każdej wizycie u lekarza, nieco perfidnie wykorzystując jego znikomą umiejętność czytania z ruchu warg. Podczas gdy migowym pytałem o wyniki badań, mówiłem na głos te dwa, magiczne słowa. W duchu łudziłem się, że pewnego dnia to usłyszy.
Póki co wciąż nie dostałem odpowiedzi, ale nie traciłem nadziei. To byłaby najgorsza rzecz, jaką mógłbym zrobić.
Siedziałem pod salą sam. Czekałem, aż w końcu Jimin z niej wyjdzie. Lekarze mieli przeprowadzić ostatnią próbę, a potem mogłem wrócić z Parkiem do domu. Czy słyszącym czy niesłyszącym... Dla mnie było to bez różnicy. Kochałem Jimina takiego, jaki był.
Wolałem uniknąć kolejnych rozczarowań, ale on żył tak naprawdę myślą, że pewnego dnia odzyska ten zmysł. Jego walka o to ciągle mi imponowała i dodawała wiary, którą chyba powoli traciłem.
Wpatrywałem się w dobrze mi znane, białe drzwi. Kiedy w końcu się uchyliły, podniosłem się z krzesła i spojrzałem na lekarza, którego mina jak zwykle nie zdradzała żadnych emocji.
Zza jego pleców wyłonił się Jimin. Ściskał w dłoniach jakąś kartkę oraz swój czarny, wierzchni sweter. Był zalany łzami. Widząc go takiego, miałem ochotę oddać mu swój słuch, całego siebie, byleby tylko otrzeć te wspaniałe oczy z łez.
W mojej głowie od razu narodziły się najgorsze scenariusze. A może po prostu płakał, bo nigdy nie będzie słyszał i dzisiaj dowiedział się o tym?
Jakkolwiek by nie było, podziękowałem lekarzowi. Przy wyjściu z kliniki ująłem dłoń Jimina.
Hyung cicho szlochał. Przytknął rękę, w której wszystko trzymał do ust i szedł spokojnie obok mnie.
Gdy dotarliśmy do samochodu, wpuściłem Jimina przodem, a gdy zajął miejsce, obszedłem samochód i usiadłem za kierownicą.
Odpaliłem pojazd. Silnik zawarkotał, włączyło się radio. Kątem oka dostrzegłem jedynie, jak Park tylko mocniej zaciska zęby, nie będąc w stanie powstrzymać swoich łez.
- Hyung, spokojnie. Co powiedział ci lekarz? - mówiły moje dłonie.
- Kocham cię, Jimin - mówił mój głos.
Park zawył tak głośno, że prawie podskoczyłem na siedzeniu. Schował twarz w dłoniach. Pierwszy raz widziałem go rozemocjonowanego aż do takiego stopnia.
Usiadłem przodem do niego i położyłem dłoń na jego kolanie. Pogładziłem je pokrzepiająco.
Byłem lekko zmieszany. Nie wiedziałem, co tak naprawdę wydarzyło się w gabinecie i dlaczego Jimin tak bardzo płakał. Chciałem mu jakoś pomóc, ale nie miałem bladego pojęcia jak.
Jego głośny lament wywoływał u mnie mocne dreszcze i swojego rodzaju przerażenie. Chciało mi się płakać razem z nim.
Jimin ujął delikatnie moją dłoń, splatając przy tym nasze palce. Nie patrzył na mnie. Nawet nie wiedziałem, czy widział moje pytanie.
Wlepił swoje ciemne oczy w deskę rozdzielczą samochodu. Po dłuższej chwili uśmiechnął się. To był ten radosny i szczęśliwy uśmiech, którego tak długo nie widziałem.
- Jungkook, ja ciebie też.


~*~
^ Łopaniecotusięwyrabia.
To chyba shot, którego pisanie zajęło mi najwięcej czasu. Dlaczego? Nie wiem... Początkowo miał być zupełnie inny. Fajny >.<
Ale potem pomysł mi uciekł i skończyłam na tym o.
Przepraszam za błędy. Nie chciało mi się tego o 6 rano sprawdzać. Life is a bitch.
Nienawidze BigHitu. No po prostu nienawidzę. Co myśmy wam zrobili, że zrzucacie na nas "Wings"?! Nie potrafię przez to spać po nocach... >.< Mam maturę! Muszę "Lalkę" po raz setny czytać, a nie jakieś głupie teorie i "Demian"... Jak nie zdam przez nich, to chyba wniosę oskarżenie -_-
O i jeszcze mi się wspomniało. Niedługo pojawi się druga część "For you". "Untrue" zostało zakończone, więc spokojnie mogę zacząć kolejną partówkę - "Bulletproof". Yay. Nie wiem czy uda mi się ją zacząć jeszcze we wrześniu, ale kiedyś na pewno xD