Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gen. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 października 2016

For you - Rozdział II

Guilty


~*~
- Hyung? - szepnąłem, patrząc zmartwionym wzrokiem na Tae. Leżał na szpitalnym łóżku obok, od kilkudziesięciu minut w jednej pozycji. Patrzył się w sufit, co jakiś czas zwilżając jedynie wargi.
Wołałem go już kilkakrotnie, ale on nawet na mnie nie spojrzał. To wprawiło mnie w jeszcze większe zakłopotanie.
- Hyung - zawołałem go ponownie. Tae się w końcu poruszył. Co prawda przewrócił się na drugi bok, plecami do mnie... Ale poruszył! Przynajmniej miałem pewność, że wciąż żył.
Chciałem znowu zwrócić się do starszego, jednak nie miałem ku temu możliwości, gdyż na salę szybkim, zdecydowanym krokiem wszedł niski mężczyzna w przydługim, lekarskim kitlu.
- Panie Jeon, pana możemy już dzisiaj wypuścić do domu. Badania nie wykazały niczego niepokojącego, tomograf także. Niemniej jednak proszę spędzić jeden dzień w łóżku. Gdyby panu się pogorszyło, od razu proszę zgłosić się do lekarza pierwszego kontaktu. Tutaj zostawiam panu kartę wypisu. Przy wyjściu proszę się z nią zgłosić w recepcji - powiedział nieco piskliwym głosem, kładąc kartę na stoliku przy moim łóżku.
- A co z hyungiem? Też może dzisiaj wyjść? - spytałem od razu, wskazując palcem na niewzruszonego Taehyunga.
- Niestety pańskiego przyjaciela musimy tutaj przytrzymać, dopóki sala zabiegowa się nie zwolni. Musimy nastawić kość nosową.
Pokiwałem głową ze zrozumieniem. Lekarz opuścił salę, wezwany przez jedną z pielęgniarek. Opadłem ponownie plecami na łóżko, po czym głośno westchnąłem.
Emocje po tragicznym wydarzeniu opadły. Szok, panika i strach odeszły, a na ich miejsce wskoczyło realne, chłodne myślenie o całej sytuacji. Powoli zacząłem martwić się zwykłymi, prostymi rzeczami, o których myśli człowiek po wypadku. O szkodzie samochodu, o wypłacie ubezpieczenia i o karze, jaka powinna mnie spotkać.
No właśnie - powinna.
Co kierowało Taehyungiem, że otwarcie przyznał się policjantom, iż to on prowadził pojazd? Nie było w tym przecież ani grama prawdy. A na domiar złego był pod, co prawda niewielkim, wpływem alkoholu, co zdecydowanie nie sprzyjało jego pozycji.
Odkąd przywieźli nas do szpitala, Tae się nie odzywał. Próbowałem z nim porozmawiać, jednak moje słowa odbijały się od niego jak piłeczka pingpongowa.
Wstałem z miejsca i spojrzałem na kartę wypisu. Ująłem przyczepiony do niebieskiej podkładki długopis i wypełniłem dokument tam, gdzie powinienem.
- Przynieść ci coś do picia? Może przywiozę czyste ubrania? Nie wiadomo w końcu, ile będziesz musiał tutaj jeszcze siedzieć - powiedziałem, stanąwszy na ziemi. Patrzyłem na plecy Kima. Chciałem widzieć jego twarz, reakcję. Jego milczenie i brak jakiegokolwiek sygnału bardzo mnie drażnił.
Prawdopodobnie do niego też dotarło to wszystko, co się stało. Pewnie musiał żałować, że wziął na swoje barki owoc mojej głupoty.
Bez słowa opuściłem salę. Z potarganą, brudną od krwi kurtką i wypisem w rękach skierowałem się do recepcji.
- Dzień dobry, przywieziono tutaj moją narzeczoną... Została potrącona przez samochód... Proszę... Gdzie ona jest?
Roztrzęsiony mężczyzna z płaczem podbiegł do blatu, za którą z telefonem w ręku stała pielęgniarka. Uprzejmie wskazała mężczyźnie kierunek, w którym powinien się udać, a ten od razu rzucił się w bieg.
Odsunąłem się na bok, kiedy prawie na mnie wleciał. Przez ułamek sekundy wymieniłem z nim spojrzenie. W jego oczach dostrzegłem przede wszystkim strach. Szkliły się, przez co błyszczały jak małe, czarne diamenty.
Spuściłem głowę, kiedy tylko dotarło do mnie, że prawdopodobnie biegnie on do kobiety, która właśnie przeze mnie tutaj leżała.
Jak najszybciej przemknąłem do recepcji. Zostawiłem tam dokumenty i wyszedłem ze szpitala.
Brakowało mi oddechu. Nie czułem nóg, które samoczynnie niosły mnie w kierunku mieszkania.
Droga była dość długa, ale nie miałem zamiaru wzywać taksówki czy wsiadać w autobus. Potrzebowałem powietrza. Była co prawda 3 nad ranem i każdy normalny człowiek nie zapuszczałby się w środek niebezpiecznego Seulu, ale mnie było już wszystko jedno.
Do domu dotarłem po godzinie spaceru. Otworzyłem drzwi i chwilę stałem w progu, rozglądając się po mieszkaniu. Było czyste, zadbane. Wszystko miało swoje miejsce. Nic nie leżało "przez przypadek" albo "tymczasowo".
Mój wzrok automatycznie powędrował na ścianę, oblepioną przeróżnymi zdjęciami. Moimi, Taehyunga, naszych przyjaciół.
Uśmiechnąłem się pod nosem na samo wspomnienie, kiedy całą paczką przyklejaliśmy zdjęcia. Był tam Hoseok, Jimin, Yoongi, Namjoon i Jin, Taehyung oraz ja.
Dopiero teraz dostrzegłem to, że nie mam żadnej, wspólnej fotografii z Tae. Wcześniej nie zwróciłem na to uwagi.
Rozluźniłem uścisk i bezwładnie upuściłem kurtkę na ziemię. Podszedłem do ściany, by dokładniej przyjrzeć się wszystkim obrazkom.
Tae i Namjoon w morzu podczas zeszłorocznych wakacji, Tae i Hoseok w trakcie obiadu, Tae, Jimin i Jin grający w kamień papier nożyce, Tae z malutkim kotkiem na wsi, Tae z rodzicami na lotniku w Chinach, Tae z Yoongim na plaży, Tae w odwiedzinach u Jina podczas jego służby wojskowej...
Nie docierało do mnie, że nie mieliśmy żadnego wspólnego zdjęcia!
Wlepiwszy swój wzrok w fotografie, przekręciłem głowę na prawo.
Gdzie Taehyung i Jungkook?
Byliśmy przyjaciółmi od dzieciaka. Znaliśmy się szmat czasu, jeździliśmy razem w różne miejsca... Nie potrafiłem sobie przypomnieć żadnego momentu, w którym ustawialibyśmy się razem do fotografii. Albo ja robiłem zdjęcie Tae, albo on mnie.
Dziwne.
Przeciąg zamknął za mną drzwi, a na trzask aż podskoczyłem w miejscu.
To obudziło mnie z bezsensownych rozmyślań nad fotografiami. Westchnąłem głośno, by się "zresetować".
Spojrzałem na zegarek. 5:06.
Stałem już 30 minut?
Ruszyłem się z miejsca i skierowałem kroki do pokoju Taehyunga. Odruchowo nakierowałem dłoń na włącznik światła. Nacisnąłem przycisk. W pokoju błysnęło światło, a już po ułamku sekundy pokój znowu spowił się w ciemności.
Jęknąłem w niezadowoleniu.
- Żarówka - mruknąłem pod nosem. Po omacku szukałem na biurku włącznika do małej lampki. Strąciłem przy tym szklankę, metalowy kubeczek z długopisami i ołówkami, ale w końcu udało mi się nieco oświetlić pokój.
Wyjąłem spod łóżka torbę. Położyłem ją na łóżku, po czym zajrzałem do szafy. Zacząłem się zastanawiać, czego hyung by potrzebował.
- Majtki, skarpetki, koszulka do spania, koszulka do ubrania, spodnie, kosmetyki... - Wyliczałem na palcach.
Nagle usłyszałem trzask drzwi. Dziwne... Przecież zamknąłem je. Dźwięk zbliżających się do pokoju kroków tylko utwierdził mnie w tym, że nie była to znowu wina przeciągu.
Zdziwiony spojrzałem na Taehyunga, który właśnie stanął w drzwiach.
- Hyung? Już cię wypuścili? Szybko - powiedziałem od razu, podchodząc do przyjaciela. Ten próbował zapalić światło wciskając włącznik.
- Żarówka się spaliła. - Ani na moment nie odrywałem wzroku od Tae.
On kiwnął jedynie głową. Podszedł do łóżka i schował torbę, którą przed chwilą wyciągnąłem.
- Z twoim nosem już w porządku? Sala musiała się zwolnić zaraz po tym, jak wyszedłem.
- Jungkook - odezwał się w końcu - możesz stąd wyjść i zostawić mnie samego?
Na moment całkowicie przestałem się ruszać. Jedynie zamrugałem oczami. Dopiero gdy odzyskałem czucie, pokiwałem zgodnie głową.
- Pewnie. Już idę... Przynieść ci coś do picia? Może jesteś głodny?
- Po prostu stąd wyjdź! - krzyknął. Jego niski głos był tak głośny, że aż przeszły mnie ciarki. Zrezygnowany spuściłem głowę.
- Przepraszam - szepnąłem, po czym opuściłem pokój hyunga.
Ostrożnie zamknąłem za sobą drzwi, a następne poszedłem do siebie. Po prostu rzuciłem się na łóżko i od razu przytuliłem do siebie długą, szarą poduszkę.
Nie wiedziałem, co mam robić. Taehyung przyznał się do zbrodni, której nie popełnił, a ja jestem zbyt wielkim tchórzem, by wziąć odpowiedzialność za swoje czyny.
Dlaczego to w ogóle musiało się wydarzyć? Dlaczego musiałem być taki nierozważny i lekkomyślny?
[...]
Obudził mnie dźwięk trzaskanych drzwi. Otworzyłem oczy i niemalże od razu wyszedłem z pokoju, by sprawdzić, co się dzieje. Taehyung wyszedł z domu.
Wpatrywałem się w drewniane, wyjściowe drzwi. Zrobiłem krok w ich kierunku, by przekręcić zamki, jednak wtedy ponownie się otworzyły i wszedł przez nie pośpiesznie Tae.
- O, dzień dobry hyung. Gdzie idziesz? - spytałem.
- Złożyć zeznania. Po ciebie też będą dzwonić - wymamrotał, przeszukując swój wiszący płaszcz w poszukiwaniu słuchawek. Szybko je znalazł, po czym bez wahania podłączył do telefonu.
Opuściłem głowę.
- Hyung, przepraszam... - Nie zdążyłem dokończyć tego, co miałem w zamiarze powiedzieć. Blondyn po prostu wyszedł, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi.
Zacisnąłem pięści.
Taehyung, porozmawiaj ze mną do cholery!
Po wyjściu hyunga zdecydowałem doprowadzić się do porządku.
Zacząłem od porządnego prysznica.
Strumień ciepłej, bieżącej wody dawał mi spokój, wyciszenie, otwierał umysł. Pod wodą szukałem wyjścia z sytuacji. Nie wymyśliłem jednak niczego sensownego.
Kim bym był, gdybym się nie przyznał? Czy dalej mógłbym nazywać siebie przyjacielem Taehyunga?
Po prysznicu ubrałem się. Wyszedłem z łazienki.
W nagłym przypływie odwagi zdecydowałem się udać na policję, by złożyć zeznania. Te prawdziwe.
Nie mogę...
Nie mogłem się ruszyć. Coś całkowicie sparaliżowało moje ciało. Strach.
Jungkook, dlaczego jesteś takim tchórzem?
Zrzuciłem z ramion kurtkę i wycofałem się do pokoju. Usiadłem na łóżku i od razu schowałem twarz w dłoniach.
Na samą myśl o karze, która może mnie spotkać dostawałem mdłości.
Przecież ja nie chciałem...
Cały czas dręczyło mnie sumienie. Przecież ktoś mógł przeze mnie stracić życie! Ktoś mógł stracić córkę, narzeczoną, przyjaciółkę... A wszystko przez to, że jakiś gówniarz nie wie, że na drodze się nie żartuje.
Przez Taehyunga miałem dwie osoby na sumieniu, nie jedną.
Minęły już 3 godziny, a Kima wciąż nie było w domu. Ja natomiast siedziałem w tej samej pozycji, nie mogąc się pozbierać.
Uniosłem głowę, kiedy usłyszałem przekręcany zamek, a zaraz po nim głos Taehyunga. Powoli podniosłem się z miejsca, po czym wyszedłem z pokoju. Wysunąłem głowę. Starszy rozmawiał przez telefon z Hoseokiem, co wywnioskowałem po tym, kiedy zwrócił się do niego pieszczotliwie "Hobi". Nie wiedziałem o czym rozmawiali, ale po spokojnym głosie starszego mogłem domyślać się, że o niczym ważnym czy wiążącym.
Tae w międzyczasie ściągnął buty i kurtkę. Przeszedł do salonu i kręcił się po nim, dopóki nie odsunął telefonu od ucha.
- Hyung? I jak? Co powiedziałeś? - spytałem ostrożnie, przechodząc powoli do salonu. Nie usłyszawszy odpowiedzi nie wytrzymałem.
Coś we mnie pękło.
Podszedłem do starszego. Złapałem go za koszulkę i pchnąłem plecami na ścianę.
- Tae, odezwij się do mnie w końcu! - krzyknąłem, patrząc prosto w jego ciemne oczy. Nasze twarze dzieliły ledwie centymetry, przez co czułem jak owiewa mnie jego ciepły oddech.
Starszy wymienił ze mną spojrzenie. Złapał moje nadgarstki, jednak nie pozwoliłem mu się odepchnąć.
- Co mam ci powiedzieć? - Jego spokojny głos sprawił, że przez moje ciało przeszedł zimny dreszcz. Jak on może być w tej sytuacji taki spokojny?!
- Dlaczego przyznałeś się, że prowadziłeś?
Tae odwrócił głowę i spojrzał w bok. Oblizał nerwowo wargi.
- Nie chcę, żeby działa ci się krzywda - szepnął.
- Nawet za cenę swojego życia? Swojej wolności? Tae, to co zrobiłeś było szalone i głupie! - Pociągnąłem starszego za koszulkę tylko po to, by po chwili ponownie odczuł zetknięcie z chłodną ścianą. W jego oczach nagle dostrzegłem łzy.
Zastygłem w miejscu. Jego przeszklone oczy, z których spływały słone kropelki, całkowicie odebrały mi możliwość jakiegokolwiek poruszania się.
- Kookie, przepraszam. Jestem twoim hyungiem i po prostu chciałem cię bronić. To jedyna rzecz, jaką mogę dla ciebie zrobić. Jestem na ciebie bardzo zły, że w ogóle do takiej sytuacji doszło. Ale widziałem jak bardzo się boisz...
- To wciąż nie jest powód, by brać na siebie całą odpowiedzialność! Wiesz, jak się teraz czuję? Jeszcze gorzej! Nie mam na sumieniu tylko zdrowia, albo i nawet życia tamtej kobiety, ale i najbliższą mi osobę - ciebie debilu!
W złości puściłem Taehyunga, który tylko głośno odetchnął. Przetarł przydługimi rękawami bluzy mokre policzki.
- Zaraz pójdę to odkręcić - powiedziałem i wycofałem się do przedpokoju, w którym założyłem buty i kurtkę. Podszedłem do drzwi. Nacisnąłem klamkę. Otworzyłem je i już chciałem opuścić mieszkanie, ale znowu nie mogłem.
Znowu stałem jak sparaliżowany. Znowu zawładnął mną strach.
Byłem słaby.
Do moich uszu dobiegł szloch Tae, który osunął się po ścianie i z podkulonymi nogami siedział na podłodze. On pewnie też się bał.
Słysząc jego załamany głos, którym dość głośno wyszeptał moje imię, zacisnąłem pięści.
- Jungkook, nie przyznawaj się. Chcę, żebyś miał normalne życie. Mnie i tak nic lepszego tutaj nie czeka.
Na jego słowa odwróciłem się.
- Tae? - Popatrzyłem na twarz młodego mężczyzny. Uśmiechnął się blado i wytarł piąstką kolejne łzy.
- Jestem chory, Kookie - wyszeptał. Poczułem, jak serce łamie mi się na miliard kawałków, a potem rozsypuje po całym organizmie, wbijając ostro w każdą jego część.
- C-co? - Straciłem zdolność myślenia. Bezwładnie skierowałem kroki do siedzącego Taehyunga i uklęknąłem obok niego.
- Taehyung...
- Wczoraj nie jechałem do biura zawieźć papierów. Jechałem do szpitala. - Starszy spojrzał na mnie. Nie byłem pewny, czy przez ciągle napływające łzy w ogóle mnie widział.
- Lekarz powiedział, że mam raka płuc. N-nie wiem jak to możliwe... Ale mam...
- I z tą świadomością chcesz iść za mnie do więzienia? Tae, jak w ogóle działa twój mózg - wciąłem mu się w zdanie. Lekko uniosłem rękę, którą już po chwili pogłaskałem głowę starszego.
- Za późno się obudziłem, Kookie. Ciężko teraz walczyć o zdrowie. A tak przynajmniej mogę ci się jakoś przydać...
- Przestań tak mówić! - krzyknąłem - przydać? O czym ty w ogóle mówisz?! Hyung, ja nie chcę, żebyś mi się "przydawał". Chcę, żebyś był! Żebyś był szczęśliwy! To naprawdę jest spełnieniem twoich marzeń? Spędzić swoje życie w pierdlu?!
- N-nie - szepnął, po czym zrobił przerwę, by złapać oddech - boję się, Kookie.
Blondyn rozłożył bezradnie ramiona, a już po chwili mnie objął i wtulił się w mój tors.
Nie mogłem zrobić nic innego, niż wtulić go w siebie. Oparłem brodę o czubek jego głowy, gładząc przy tym czule plecy starszego.
Teraz jeszcze bardziej nie wiedziałem, co powinienem zrobić...
[...]
- Czy Kim Taehyung prowadził tamtego dnia samochód?
Przełknąłem głośno ślinę, kiedy tylko dotarło do mnie pytanie policjanta. Nerwowo skubałem palcami róg drewnianego biurka i błądziłem wzrokiem po pomieszczeniu. Nie było duże. Mimo to szare ściany i przysadziste, duże meble trochę mnie przytłaczały.
- Panie Jeon? - Przeniosłem swój wzrok na młodego policjanta, który ponowił pytanie. Długo nie udzielałem mu odpowiedzi, więc nic dziwnego, że powoli zaczął się denerwować.
A co ja miałem powiedzieć? Miałem w swoich rękach los nic nie winnego, chorego człowieka, który czekał na mnie w domu gotowy do poniesienia kary za rzecz, której nie zrobił.
Jeon, jesteś skończonym kretynem.
Moje oczy przeszkliły się, jak tylko pomyślałem o Taehyungu. Opuściłem głowę i zacisnąłem wargi w wąską linię.
- Tak - szepnąłem cicho. W tamtym momencie miałem ochotę sam sobie przyłożyć w twarz tak mocno, że nie byłbym w stanie się podnieść. 
Ale obiecałem to Taehyungowi.
Siedzieliśmy wtedy pod tą ścianą w milczeniu. Cisza jaka wówczas panowała była o wiele bardziej wymowna niż jakiekolwiek słowa. Przerywało ją jedynie pociągnięcie nosem Taehyunga, który nie potrafił pozbierać się z tych wszystkich nieszczęść, jakie zafundowało mu życie.
- Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej? - spytałem, gładząc z czułością jego kark i głowę.
- Nie chciałem, żebyś się martwił. Pamiętasz, jak leżałem w domu i zamartwiałeś się, jak narzekałem na ucisk w klatce piersiowej? - Taehyung uniósł głowę i spojrzał na moją twarz. 
- Pamiętam.
- Kiedy wyszedłeś na uczelnię, zadzwoniłem po Hobiego. Poprosiłem go, by zawiózł mnie do lekarza. W szpitalu nie leżałem z powodu zapalenia płuc. Miałem wtedy badania.
- Hobi wiedział? - zapytałem od razu, na co starszy pokiwał twierdząco głową - dlaczego tylko ja nie wiedziałem?
- Bo jesteś mi najbliższy - szepnął, po czym wtulił twarz w moją klatkę piersiową. Westchnąłem głośno.
Coraz ciężej było mi zrozumieć kategorie, jakimi myślał Taehyung. Najbliżsi nie mogą wiedzieć o nim wszystkiego, tym bardziej tego, że jest chory. Chce, żebym był szczęśliwy i aby nie działa mi się krzywda, więc bierze odpowiedzialność za wypadek na siebie.
- Nawet nie próbuję się leczyć. Byłbym tylko ciężarem. Nie wiem, ile będę jeszcze w stanie przeżyć, dlatego proszę - przerwał. Puścił mnie z uścisku i odsunął się na kilka centymetrów tak, by móc swobodnie patrzeć w moje oczy - pozwól mi wziąć za ciebie odpowiedzialność.
Nie wiedziałem, jak mam patrzeć w jego ciemne tęczówki. Nie wiedziałem, jak powinienem się zachować, co powiedzieć. W tamtym momencie chyba nawet nie wiedziałem jak się nazywam.
- Nie - wyrzuciłem od razu - nie ma mowy. Musisz iść na leczenie. 
- Jungkook - zaczął naprawdę poważnym tonem, po uprzednim wzięciu oddechu - jestem głupi, wiesz o tym? Często robiłem rzeczy nieświadomie. Wstydziłem się potem tego i żałowałem wielu decyzji. Ale przyjaźń z tobą była najlepszym, co mogło mnie spotkać. Dzięki tobie pozbierałem swoje życie, poznałem siebie. Wiem, że brzmi to dziwnie, ale naprawdę tak było. Jeśli dzięki wzięciu na siebie winy, dam tobie ten spokój i równowagę, którą dałeś mi ty, to ta decyzja będzie najlepszą, jaką kiedykolwiek podjąłem. I jeśli naprawdę mnie szanujesz, to proszę cię tylko i wyłącznie o jedno: powiedz, że to ja prowadziłem pojazd. - Tae ujął moją rękę w swoje smukłe dłonie i gładził ją, chcąc tym samym nieco udobruchać. Zawsze tak robił.
- Nie wiem czy po tym wszystkim będę mógł nazywać się twoim przyjacielem... Nie chcę tego - powiedziałem odwracając głowę na bok.
- Kookie, będziesz nim zawsze. Nawet po drugiej stronie, prawda? - Zerknąłem kątem oka na starszego. Ten miał wlepiony wzrok w moją twarz, a gdy wyłapał moje spojrzenie, uśmiechnął się jak najszerzej tylko potrafił. Ten jego szczery, ciepły uśmiech kontrastował z mokrymi policzkami i drżącymi dłońmi. Skupiłem się jednak na tym pierwszym. To właśnie ten prostokątny, słoneczny uśmiech znaczył dla mnie tak wiele...
- Prawda.
Drewniane, ciężkie drzwi uchyliły się. Do pomieszczenia weszła wysoka brunetka, która położyła przed policjantem jakąś teczkę. Zaciekawiony lekko się uniosłem, by zobaczyć co jest na niej zapisane. Nie miałem jednak ku temu zbytniej okazji, gdyż policjant od razu ją zagarnął i zajrzał do środka.
- Pańskiemu przyjacielowi postawiono w dniu dzisiejszym dwa zarzuty: spowodowanie wypadku ze skutkiem rozstroju zdrowia na okres powyżej 7 dni oraz stałe uszkodzenie lewej ręki i jazdę pod wpływem alkoholu - powiedział. Nie patrzył na mnie, a jedynie przeglądał papiery. Zamyśliłem się chwilę.
- M-mogę o coś zapytać? - odezwałem się nieśmiało. Dopiero wtedy funkcjonariusz skierował na mnie swój wzrok.
- Pewnie.
- Co się stało z potrąconą kobietą?
- Niestety pani Choi nie ma władzy w ręce. Nie wiadomo, czy będzie w stanie kiedykolwiek nią poruszyć.
Pokiwałem głową. Westchnąłem cicho i opuściłem wzrok.
- Coś jeszcze?
- Em... Tak. Jaka kara grozi Taehyungowi?
- Niestety jest to przestępstwo. Za spowodowanie wypadku po wpływem alkoholu jest kara do 12 lat pozbawienia wolności. Chociaż jeżeli pański przyjaciel znajdzie dobrego adwokata, to ma duże szanse na złagodzenie kary. Sąd z pewnością weźmie pod uwagę to, że udzielił pomocy, wezwał służby i sam przyznał się do spowodowania wypadku. - Mężczyzna schował papiery do teczki i zamknął ją. - Na teraz to wszystko. Może pan wrócić do domu. Proszę pilnować Kima do czasu procesu. Nie został aresztowany od razu tylko i wyłącznie ze względu na wniosek pokrzywdzonej, niemniej jednak nie może opuszczać miasta.
Kiwnąłem zgodnie głową i ukłoniłem się, jak tylko policjant wyszedł z pomieszczenia.
Nie wiedziałem co było powodem tego, że kobieta dała Tae czas. Bardzo mnie to ciekawiło, ale z drugiej strony czy było to aż tak ważne? Najważniejsze było to, że Taehyung mógł spędzić czas w domu, a nie w ciasnej, zimnej celi. Przynajmniej na razie...
W drodze powrotnej wstąpiłem do sklepu. Kupiłem warzywa, mięso i jakieś słodycze. Starannie dobierałem produkty, by było w nich jak najmniej chemii i sztucznych ulepszaczy.
O chorobie Taehyunga wiedziałem od wczoraj, a już zdążyłem popaść w jakąś głupią paranoję. Zmieniłem mu pościel, wysprzątałem jego pokój, zadbałem o odpowiednią temperaturę wody...
Chyba właśnie dlatego Tae nie chciał mi o tym powiedzieć...
- Wróciłem! - krzyknąłem z przedpokoju, w którym od razu zdjąłem buty. Przeszedłem do kuchni, gdzie zostawiłem na blacie zakupy. Rozejrzałem się po domu, ale nigdzie nie dostrzegłem hyunga.
Uchyliłem lekko drzwi do jego pokoju, jednak tam także go nie było. Skoro i tak przetrzepywałem wszystkie pokoje, zajrzałem też do swojego. Tae leżał na moim łóżku, ze słuchawkami w uszach, które podpięte były do mojego ipoda.
Na palcach podszedłem do okna, by je zamknąć. Jeszcze by tego brakowało, żeby przewiało Taehyunga.
Okryłem blondyna kocem, a następnie po cichu opuściłem pokój. Wróciłem do kuchni, gdzie od razu zająłem się rozpakowywaniem zakupów i szykowaniem obiadu.
Po kilkudziesięciu minutach wszystko było już gotowe. Tae jednak wciąż spał.
Poszedłem więc do swojego pokoju. Na palcach zbliżyłem się do łóżka.
- Hyung - szepnąłem, delikatnie dotykając ramienia starszego. Blondyn niechętnie otworzył oczy, po czym wyjął z ucha jedną słuchawkę.
- Zrobiłem obiad. - Wyciągnąłem do starszego rękę, by pomóc mu wstać. Ten ujął ją, jednak zamiast się podnieść, pociągnął mnie, przez co wylądowałem twarzą na miękkim materacu. Zanim jednak zdążyłem jakkolwiek się poruszyć, Tae zmienił pozycję. Położył się obok mnie. Wcisnął pod ramię i przerzucił moją rękę przez swoją szyję. Swoją natomiast oplótł wokół mojej talii.
- Nie jestem głodny. Chcę tylko, żebyś ze mną chwilę poleżał. - Nasze twarze były niebezpiecznie blisko, dzięki czemu dokładnie widziałem jego każdą reakcję. Przyglądałem się jego promiennej buzi tak intensywnie, że sam poczułem się tym skrępowany. Tae zaśmiał się. Poklepał lekko moje plecy. Potem po prostu mocno się do mnie przytulił i przymknął na chwilę oczy.
Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Taehyung był cholernie przystojny, a przy tym bardzo uroczy i słodki. Jego dziewczyna z pewnością będzie najszczęśliwszą osobą na świecie.
Lekko uniosłem rękę, po czym zaczesałem nieco jego grzywkę, która niesfornie wpadała do zamkniętych oczu. Nawet nie zorientowałem się w którym momencie Taehyung po prostu znowu zasnął. Jego klatka piersiowa unosiła się miarowo, a on ani drgnął.
- Tae... Dziękuję. I przepraszam - szepnąłem, mocno zaciskając oczy, z których mimowolnie zaczęły spływać łzy.
[...]
Do procesu nie pozostało wiele czasu. Chciałem go jednak dobrze wykorzystać. Taehyung nie mógł co prawda opuszczać Seulu, ale nie było to przeszkodą. Chodziliśmy razem po mieście, spotykaliśmy się z przyjaciółmi. Ale jak dla mnie, najprzyjemniejsze były mimo wszystko momenty, w których po prostu siedzieliśmy w domu i nie robiliśmy nic. Siedzieliśmy na kanapie, zajadając coś dobrego i popijając nasz ulubiony napój o smaku liczi.
Tae znowu był beztroski, jak wcześniej. Momentami nawet zapominałem o tym wszystkim co w ostatnich dniach zniszczyło życie starszego i poniekąd moje.
Nie rozmawialiśmy o tym. Po prostu cieszyliśmy się sobą.
Ten czas zleciał jednak zbyt szybko. Zanim się obejrzałem, siedziałem na ławce dla świadków po złożeniu zeznań obciążających Taehyunga. Nie potrafiłem spojrzeć mu w oczy. Czułem jednak na sobie jego wzrok.
Gdy w pewnym momencie zdecydowałem się zerknąć na starszego, ten tylko delikatnie się do mnie uśmiechnął. W pocieszający, ciepły sposób.
Wszystkie rzeczy ujrzały światło dzienne. Poszkodowana wiedziała o tym, że Tae był chory, dlatego napisała wniosek. Rozumiałem ją jednak, dlaczego chciała ukarać sprawcę mimo wszystko. W końcu do końca życia będzie miała niesprawną rękę.
Zastanawiało mnie, czy gdybym to ja siedział obok adwokata, to czy nie zostałbym doprowadzony z aresztu.
Byłem beznadziejny.
Patrzyłem jak policja zabiera Taehyunga po ogłoszeniu obciążającego wyroku. Kara została co prawda złagodzona przez to, że się przyznał, że udzielił pomocy, ale to nie zwalniało go od kary sześcioletniego więzienia.
Gdy patrzyłem na skuwanego Taehyunga, wybuchnąłem płaczem. Wiodłem za nim wzrokiem, jakbym chciał zapamiętać go w każdym szczególe.
Tae od razu to wyłapał. Znowu się do mnie uśmiechnął.
[...]
Od kilku dni nie wychodziłem z mieszkania. Codziennie dzwonił telefon, ale nie miałem siły go odebrać. Liczba nieodebranych połączeń ciągle się powiększała, a ja nie chciałem nic z tym zrobić.
Od dwóch lat czytałem te same listy, które przysyłał mi Tae. Pisał w nich, że leczy się w więzieniu.
To była chyba jedna dobra wiadomość, jaką od niego dostałem.
W listach opisywał swoje dobre wspomnienia, jak się czuje, jak wygląda jego codzienne życie w więzieniu.
"Nie jest tutaj jak w amerykańskich filmach".
"Ostatnio pozwolili nam wyjść na deptak. Chciałem zagrać z resztą w koszykówkę, ale zabrakło mi powietrza. Od tamtego momentu leżę w więziennym szpitalu. Nie jest źle. Trzy dni temu miałem jakąś operację... Nie wiem dokładnie o co chodziło, ale chyba poszło dobrze.
Dostaję słodycze! I mam tutaj własny grzejnik!
Jeden ze strażników powiedział, że jeżeli dalej będę zachowywał się tak jak teraz, to prawdopodobnie skrócą mi wyrok. Fajnie, prawda?"
"Jungkook, mam nadzieję, że u ciebie wszystko dobrze? Hoseokie pisał, że coś się z tobą dzieje. Martwię się. Gdybym tylko mógł coś dla ciebie teraz zrobić..."
Z każdym kolejnym listem wierzyłem w swoją niewinność.
Ale przecież to ja byłem winny. To dla mnie Taehyung poświęcił swoją wolność.
Coraz częściej miewałem koszmary. Widziałem w nich Kima, na którego opada ciasna klatka. Unosił wzrok i... uśmiechał się. W jego oczach mimo wszystko tlił się strach.
Każdej nocy budziłem się we łzach. Nie potrafiłem myśleć o niczym innym. Miałem na sumieniu zdrowie pani Choi, wolność i życie Taehyunga, o które walczył, ale nie tak, jak powinien.
Czułem się beznadziejnie. Jak ostatni śmieć.
Siedziałem otulony kocem na łóżku, ściskając w dłoniach ostatni list Tae. W nim tak naprawdę wylał swoje uczucia.
"Nie żałuję, że podjąłem taką decyzję. Twoje szczęście jest warte wszystkiego :)"
Zacisnąłem powieki i przysunąłem do siebie notes oraz długopis.
Nie, Tae. Nie jestem szczęśliwy. Choć dla Ciebie bardzo chciałbym być. Nie odczuwam niczego innego, niż poczucie winy. To ja potrąciłem panią Choi, to przeze mnie utraciłeś to, co żadnemu człowiekowi nie powinno zostać odebrane - wolność.
Chciałbym mieć tyle odwagi co Ty. Chciałbym być taki silny. 
Przepraszam.
Zostawiłem kartkę na łóżku, po czym ociężale się z niego wygramoliłem. Podszedłem do okna, które przez najbliższą godzinę było otwarte na oścież. Ostrożnie wspiąłem się na parapet. Wystarczył jeden krok. Wtedy przestałbym odczuwać wstręt do samego siebie. Nie dręczyłoby mnie poczucie winy.
Tylko jeden, malutki krok.
[...]
Taehyung przekroczył próg mieszkania, do którego wrócił po pięciu latach. Stał na środku, rozglądając się. Nic się nie zmieniło. Wszystko było w tym samym miejscu. Tam, gdzie być powinno.
Jednocześnie poczuł, jak coś ściska jego serce. Jakby czegoś brakowało.
Niepewnie zrobił krok wgłąb mieszkania. Znowu stanął w miejscu i przestał się ruszać. Wzrokiem powędrował na oblepioną zdjęciami ścianę. Jego uwagę od razu przykuła fotografia, której nie widział tutaj wcześniej.
Na samo wspomnienie ostatniego dnia przed aresztowaniem, wezbrało się w nim mnóstwo uczuć. Większość tych pozytywnych zostało wypartych przez tęsknotę.
Opuszkami palców przejechał po zdjęciu. To było jedyne zdjęcie, na którym byliśmy razem. Zrobione w biegu, kiedy spóźniliśmy się na metro.
Tae uśmiechnął się pod nosem, jednocześnie wylewając z oczu potok łez.
Skierował swój wzrok na zamknięte drzwi do mojego pokoju. Niepewnie do nich podszedł i je uchylił. W środku panował nieporządek. A pomiędzy tym całym burdelem - pustka.
Po dłuższej chwili zamknął drzwi, po czym przeszedł do swojego pokoju. Od razu wszedł do środka, niepewnie się po nim rozglądając.
Usiadł na łóżku. Ułożył się na nim wygodnie i mocno przytulił do moich pleców.
- Kookie, już jestem. Przepraszam, że musiałeś czekać - szepnął. Nie słyszałem jednak jego słów. Spałem jak kamień po ciężkim powrocie od psychiatry, do którego każdego dnia, siłą zaciągał mnie Hoseok. Gdyby tamtego dnia nie wpadł na genialny pomysł wyciągnięcia mnie na kręgle, prawdopodobnie czekałbym na Taehyunga kolejne lata, aż zobaczymy się po drugiej stronie.
Nie wierzyłem w to, że będzie tak jak kiedyś.
Taehyung o nic mnie nie obwiniał, ale ja sam nie potrafiłem sobie wybaczyć.


[KONIEC]

~ Ok, to już koniec. Sama się nieco zaplątałam w "For you", więc z góry przepraszam. a raczej z dołu... Może powinnam dodawać notki od siebie przed treścią rozdziału? *_*
W ogóle to opowiadanie jest oparte na czymś, co mi się przyśniło, dlatego może być trochę pogmatwane i naciągane. Zaczynałam słuchać wtedy bangtanów, widziałam tylko dwa teledyski (na przemian oglądałam No more dream i We are bulletproof pt.2) i już miałam sen z Kookiem oraz V w roli głównej. Mózgu... Proszę...
Sen skończył się nieco inaczej niż For you i w sumie nie wiem, czemu nie zakończyłam tego w ten sposób... Jakaś głupia jestem. Ok, już was nie męczę.
Dziękuję za przeczytanie ♥
A i ten... For you już się zakończyło, więc mogę się brać za nową serię - Bulletproof. Mam cichutką nadzieję, że ją polubicie ^^ 
Oczywiście wszystkie uwagi mile widziane! :>

niedziela, 28 sierpnia 2016

Hip hop lover

~*~

W pokoju Namjoona właśnie uniósł się wspaniały zapach ramyun.
Po kilku godzinach nagrywania i montowana dźwięku, byłem niesamowicie głodny. Powoli zaczynałem nawet podgryzać papier zeszytu, który był całkowicie zapisany piosenkami.
Woń ciepłego posiłku sama uniosła mnie z krzesła.
- Gorące! Gorące! Zaraz upuszczę! - powiedział głośno. Ręce Namjoona trzęsły się, więc bez wahania podszedłem do niego i wziąłem jeden kubek zupy.
Niemalże włożyłem nos do plastikowego naczynia.
- Łaaa... Ale jestem głodny - wymamrotałem. Sięgnąłem po leżące na stoliku pod stertą papierów i kabli pałeczki. Przetarłem je dłonią, po czym zacząłem wyjadać z kubka idealnie nasączony makaron.
Wydałem z siebie pomruk zadowolenia.
- Yoongi hyung? - zagaił młodszy. Uniosłem wzrok na przyjaciela, który usiadł na jednym z foteli przy komputerze i zaczął mieszać zupę pałeczkami.
- Nie sądzisz, że dobrze byłoby wysłać im jeszcze "Monday"?
Zmarszczyłem brwi, kręcąc przy tym głową. Wciągnąłem do ust długi makaron i dopiero, kiedy go przełknąłem, usiadłem na poszarpanej sofie.
- Nie. "Monday" nie pasuje do reszty utworów. Poza tym, ciągle ci mówię, że autotune w refrenie tam nie brzmi dobrze.
- Głupoty gadasz - skwitował. Odłożył na bok swoją zupę i wygrzebał na pulpicie monitora piosenkę, o której rozmawialiśmy. Puścił ją. W ciszy przysłuchiwaliśmy się utworowi. Gdy nadszedł refren, przewróciłem oczami i nabrałem między pałeczki kolejną porcję makaronu. Już po chwili spokojnie wsysałem go do ust.
- A gdyby zamienić "Credit card" na "Monday"? - dopytał.
Nieco poddenerwowany skierowałem swój wzrok na blondyna.
- Nie - rzuciłem szorstko.
Namjoon jak mała dziewczynka tupnął nogą i obrażony sięgnął po swoją zupę.
Przez dłuższy moment zapanowała cisza.
Jedynym dźwiękiem jaki rozbrzmiewał w pokoju była puszczona piosenka oraz moje głośne siorbanie.
Przerwałem ją dopiero, kiedy w głośnikach rozbrzmiał mój ulubiony kawałek. Zaczęłam cicho rapować pod nosem.
- A co jeśli ta wytwórnia nam nie odpowie? - głos Namjoona był pełen powątpiewania.
- To trudno. Zgłosimy się gdzieś indziej - odpowiedziałem.
- Zawsze możemy iść na przesłuchania, kiedy wytwórnie szukają zespołu - dodał.
Przysunąłem kubek do ust i upiłem odrobinę ciepłego płynu.
- Nie chce pakować się w żaden boysband - rzuciłem.
- Ja tam tańczyć mogę. - Namjoon wzruszył ramionami.
- Przeskok z nogi na nogę i wymachiwanie rękami to nie jest już taniec .
- W sumie, nie miałbym nic przeciwko bawieniu się w boysband, gdybyśmy tylko mogli być na scenie razem, wiesz?
Popatrzyłem na przyjaciela.
- Spokojnie, spokojnie. Już niedługo o nas usłyszą. - Dumnie poklepałem się po piersi.
Namjoon uśmiechnął się do mnie, a ja mimowolnie odwzajemniłem ten gest.
- Już słyszę te tłumy fanów, które krzyczą: Namjoon! Namjoon! Namjoon! Wchodzimy ze "School of Tears" i bum! Ogień! Scena jest nasza! - Chłopak machnął rękami, przy czym wypuścił z rąk trzymane pałeczki. Te odbiły się od ściany i znalazły się na podłodze w różnych kątach pokoju.
Wpakowałem do ust kolejną porcję makaronu, śledząc wzrokiem Namjoona. Ten plątał się po pokoju w poszukaniu pałeczek. Jedną znalazł bez problemu.
- Hyung... Tamta wpadła za szafkę... - wymamrotał, wskazując palcem mebel, za którym znajdowała się druga, metalowa pałeczka.

[...]

- Namjoon! Gdzie jesteś?! - krzyknąłem do słuchawki telefonu.
- Sorki! Siostra złamała rękę i muszę z nią iść do szpitala. Nie ma szans, żebym poszedł z tobą. Przepraszam... Dasz radę załatwić to sam? Przeproś ode mnie producenta. Cholera... Ale jest mi głupio.
- Powinno. To jest taki duży budynek, że nawet nie wiem, która szyba to wejście.
- Dasz radę! Hwaiting! A teraz przepraszam ale... Ej! Młoda! Nie ruszaj tego! - Po rozpaczliwym krzyku Namjoona usłyszałem dźwięk zakończonego połączenia.
Stało się. Dostaliśmy odpowiedź od wytwórni!
Cieszyłem się jak głupi, kiedy przeczytałem na emailu zaproszenie od producenta. Mięliśmy przyjść z Namjoonem razem... Cóż, wypadki chodzą po ludziach. Musiałem więc iść sam. Z drugiej strony, była to już pewnie tylko formalność.
Skoro podobała im się nasza muzyka, to co stoi na przeszkodzie, żeby podjąć z nami współpracę?
Popatrzyłem jeszcze raz na ogromny, oszklony budynek. Uśmiech nie chciał zejść z moich ust, przez co wszedłem do środka rozweselony jak dziecko.
Na miejscu przywitała mnie wysoka kobieta, elegancko ubrana, która od razu zaprowadziła mnie do pokoju producenta, zainteresowanego naszą muzyką.
Podziękowałem jej za wskazanie miejsca i wszedłem do środka.
Za ogromnym, mahoniowym biurkiem, pełnym monitorów i głośników dostrzegłem jedynie czarną czuprynę.
- D-dzień dobry. Nazywam się Min Yoongi - zagaiłem. Mężczyzna od razu lekko się uniósł i spojrzał na mnie znad dużego monitora.
- A! Min Yoongi! Usiądź, usiądź proszę. - Wskazał fotel z boku, na którym od razu usiadłem.
Producent zdjął z nosa okulary i od razu spojrzał na mnie. Przyglądał mi się chwilę, marszcząc przy tym oczy.
Poczułem się bardzo niekomfortowo. Zacząłem błądzić wzrokiem po pokoju.
- Chyba było was dwóch... - powiedział w końcu.
- Tak... Mój przyjaciel... Yyy... to jest Kim Namjoon, nie mógł przyjść. Zdarzył się nagły wypadek i...
- Ooo, mam nadzieję, że nic mu się nie stało?
- Nie, z nim wszystko w porządku. Jego młodsza siostra spadła ze schodów i złamała rękę. Nie było nikogo w domu i musiał z nią jechać do szpitala - wyjaśniłem od razu, nerwowo skubiąc paznokcie.
- Schody potrafią być takie zdradliwe. No cóż. Niech szybko wróci do zdrowia. - Mężczyzna uśmiechnął się do mnie. W końcu odwrócił wzrok, kierując go na kartkę, która leżała obok małego stosiku kolorowych teczek.
- Przesłuchałem wasze demo... - zaczął. Nieco uniosłem się na fotelu i lekko pochyliłem, chcąc usłyszeć wszystko, co miał do powiedzenia, jak najdokładniej.
- Bardzo mnie cieszy, że podesłaliście je właśnie do nas. To naprawdę kawał dobrej muzyki. Oboje macie dobrą technikę, potraficie robić dobre bity, słychać, że produkcja waszych piosenek jest dopięta na ostatni guzik.
- Dziękuję - szepnąłem, lekko skłaniając głowę. Szczęście, jakie wtedy odczuwałem, było ogromne.
- Jest tam oczywiście kilka błędów, ale są one tak małe, że nie zwraca się na nie zbytnio uwagi. Naprawdę chcielibyśmy podjąć z wami współpracę... - Patrzyłem na mężczyznę ze świecącymi oczami.
- Mamy to! - pomyślałem. Teraz już tylko formalności. Kontrakt, umowa, inne papiery i voila! Zaraz debiut!
Serce waliło mi jak oszalałe na samą myśl o tym, że nasze marzenia właśnie się spełniają!
- Niestety nie mamy miejsca na dwóch solowych raperów, a na duet nie chce zgodzić się nasz prezes. Możemy podpisać kontrakt tylko z jednym z was.
W tym momencie cały mój entuzjazm opadł. Uśmiech zszedł z twarzy, a napięte od emocji ramiona opadły.
- J-jednym? - spytałem cicho, chcąc utwierdzić się w tym, czy się nie przesłyszałem.
- Niestety tak.
Lekko rozchyliłem usta i zatrzymałem wzrok na jednym punkcie.
- Musisz porozmawiać z przyjacielem. Gdy już się namyślicie, zadzwońcie do mnie. - Mężczyzna podał mi wizytówkę. Wziąłem ją w dłonie. Wstałem z miejsca, po czym wsunąłem sztywną karteczkę do kieszeni spodni. Ukłoniłem się i po uprzejmym pożegnaniu wyszedłem.
Nie pamiętam momentu, w którym dotarłem na przystanek. W głowie wciąż miałem rozmowę z producentem.
Nie chciałem, żeby rozdzielono nasz duet. Ale taka okazja się nie powtórzy. Wysłaliśmy dema do chyba wszystkich wytwórni w Korei, a odezwała się tylko jedna. Chwyciliśmy pana Boga za nogi! A raczej jeden z nas...
Zerknąłem na rozkład autobusów i widząc, że muszę czekać 8 minut, cofnąłem się i usiadłem na murku, otaczającym zieloną trawę i kolorowe rabatki kwiatowe.
Wyciągnąłem telefon. Napisałem Namjoonowi wiadomość, że musimy się pilnie spotkać.
Już po chwili dostałem wiadomość zwrotną, że możemy się spotkać o 17 w parku obok naszej ulubionej budki z sokami.

[...]

Namjoon nie krył zdziwienia, kiedy powiedziałem mu o przebiegu rozmowy z producentem. Przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Po prostu sączył grejpfrutowy napój i patrzył przed siebie.
Otworzyłem usta by zapytać o jego opinię, jednak zanim jakikolwiek dźwięk wydobył się z mojego gardła, Kim popatrzył na mnie.
- Powinieneś się zgodzić - powiedział zdecydowanym głosem.
Nie spodziewałem się tego, że będzie chciał odpuścić mi miejsce.
- Co? Nie. Pamiętasz? Mięliśmy iść w to razem - rzuciłem. Dopiłem szybko swój winogronowy sok, po czym wyrzuciłem kubek do kosza.
- Niemniej jednak uważam, że twoje miejsce jest na scenie. Pasujesz tam najlepiej.
- Namjoon, przestań pieprzyć głupoty. Ja na pewno nie mam zamiaru występować sam. Jeśli jednak ty chcesz, droga wolna. Z chęcią odpuszczę ci miejsce.
- To nie tak. Chodzi mi o to, że taka okazja może się nie powtórzyć i dobrze o tym wiesz. Ja sobie poradzę. Może jeśli porozsyłam solowe dema do innych wytwórni to coś się uda. Tobie pieniądze ze sprzedaży płyt i koncertów przydałby się bardziej. Poza tym, nie spotkałem osoby, która ciężej niż ty pracowała nad muzyką. Hyung, musisz się pokazać światu. - Wsunąłem dłonie do kieszeni lekkiej, czarnej bluzy i odwróciłem się plecami do Namjoona. Ruszyłem w przeciwnym kierunku.
- Yoongi hyung, mogę wiedzieć gdzie się wybierasz?
- Do domu. Nie mam ochoty słuchać twojego biadolenia. I do tego przypominasz mi, że nie mam pieniędzy. Dzięki Namjoon - burknąłem w złości i kopnąłem leżący na ziemi kamień.
- Hyung, przepraszam przecież wiesz, że nie to miałem na myśli... - Nie odwracając się za siebie, kroczyłem w stronę domu.
Byłem zły. Bardzo. Za wszelką cenę chciałem byśmy byli duetem. Razem grało nam się naprawdę dobrze. Tworzyliśmy świetne piosenki i dobrą muzykę. Dlaczego przez to, że jakiś Pan Goguś z Wielkiej Wytwórni chce jednego rapera, mamy się rozdzielić?
Nie ma nawet takiej opcji!
Tylko w rapie potrafiłem odnaleźć spokój. Dzięki muzyce mogłem zapomnieć o tym, że ledwo wiążę koniec z końcem, że wciąż zalegam z czynszem za mieszkanie i znowu mam pustą lodówkę.
Gdyby nie upartość rodziców, że powinienem studiować, pewnie wziąłbym się do pracy. Pieniądze, które mi wysyłają nie wystarczają na opłacenie drogiego życia w Seulu. Nie chciałem im jednak mówić, że to za mało, bo wiem, ile pracy oni musieli włożyć, żeby wysłać mi kilka wonów.
Nie mam też serca rzucić studiów. Im przecież bardzo zależy na moim wykształceniu.
Dlatego tak wiele nadziei wiązałem ze współpracą z Namjoonem. Jeśli podpisalibyśmy kontrakt z wytwórnią, bylibyśmy ustawieni do końca życia. Jeśli jednak jeden z nas zdecydował się na podpisanie go, byłoby to po prostu nie fair względem drugiego. Dlatego nie chciałem, żeby Namjoon ciągle mówił:
"Yoongi, powinieneś się zgodzić". Czy ten dureń nie rozumiał, że chcę być po prostu fair?!
Oczywiście, jest to bardzo kuszące i gdybym nie przyjaźnił się z Namjoonem, pewnie bym się zgodził. Ale to jest mój przyjaciel. Nie mogę i nie chcę wystawiać go do wiatru. Przecież równie dobrze on też mógłby tam iść i połasić się na kontrakt.
Jesteśmy duetem!
Nie pamiętam jak daleko od Namjoona odszedłem. W końcu jednak usiadłem na ławce i schowałem twarz w dłoniach.
Wydałem z siebie długi pomruk, po czym przeczesałem dłonią włosy.
- Yoongi! - Usłyszałem wołanie Kima. Uniosłem głowę i spojrzałem na nadbiegającego blondyna.
Patrzyłem na niego z jadem w oczach. Ten jednak bez słowa usiadł obok. Schylił się, by nabrać do płuc powietrza, a gdy już unormował oddech po swoim krótkim, biegowym maratonie, wyprostował się i popatrzył na mnie. Uniosłem pytająco brew do góry.
- Osobiście uważam, że powinieneś tam pójść i porozmawiać z nimi o solowej karierze. Patrząc racjonalnie, jest to najlepsza opcja na twoją obecną sytuację. Jeśli jednak tak bardzo ci zależy, żebyśmy wciąż grali razem to rozumiem. Też nie mogę wyobrazić sobie czegoś piękniejszego. Zawsze jest opcja nagrania kawałków po angielsku i rozesłania do zagranicznych wytwórni - powiedział. Cały czas czułem na sobie jego wzrok. Trochę przepraszający, ale jednocześnie wspierający i motywujący.
Odetchnąłem głośno, jakbym chciał zresetować organizm, po czym skierowałem spojrzenie na blondyna.
- Nie będziesz na mnie zły, jeśli przeze mnie stracisz taką okazję? - spytałem.
- Pewnie trochę będę... Ale ej, głupi kawałek papierku nie rozdzieli Namjoona i Yoongiego, prawda? - Chłopak uśmiechnął się szczerze. Wyciągnął dłoń zaciśniętą w pięść. Spojrzałem jedynie na jego rękę i nie pozostało mi nic innego, jak tylko przybić mu żółwika.
- Jutro idziemy razem do tego Pana Ważnego i razem mu odmawiamy. Stoi?
- Stoi.

[...]

Wjechaliśmy na pierwsze piętro, gdzie znajdowało się biuro producenta. Wszędzie było pełno ludzi w naszym wieku, młodszych i starszych.
- Wszyscy trainee? - zapytałem nieśmiało kobiety, która odprowadziła nas niemalże pod same drzwi.
- Tak. Dzisiaj odbywają się przesłuchania do nowych projektów wytwórni. Każdy liczy na swoją szansę - odpowiedziała. Zapukała do drzwi i zajrzała do środka. Po chwili jednak zamknęła je i zwróciła się do nas.
- Niestety będziecie musieli poczekać chwilę. Kiedy chłopak wyjdzie, będziecie mogli wejść.
Kiwnęliśmy zgodnie głowami i usiedliśmy na krzesełkach przy ścianie.
Namjoon dokładnie przyglądał się dwójce młodych ludzi, którzy powtarzali jakieś ruchy. Mój wzrok jednak przykuł chłopak, siedzący na podłodze pod ścianą, którego niski głos rozbrzmiewał po całym korytarzu. Gdy dostrzegł mój wzrok, przerwał śpiewanie. Bez wahania ułożył wargi w prostokątny uśmiech i pomachał mi. Nieco niepewnie mu odmachałem.
- Namjoon, tutaj są same dziwaki - szepnąłem, kierując swój wzrok na przyjaciela.
- Hyung, a może byśmy też spróbowali jako trainee?
- Nie. Mówiłem ci już. Nie chcę być idolem. Mamy podbić świat muzyką, a nie ładną buzią i komerchą. Pamiętasz? - Szturchnąłem blondyna ramieniem.
- Oj wiem, wiem. Tak tylko głośno myślę. - Namjoon przewrócił oczami.
Drzwi do pokoju producenta uchyliły się. Wyszedł przez nie niski, czarnowłosy chłopak. Miał dobry humor i jak tylko przeszedł na korytarz, rzucił się radośnie na tego dziwoląga z prostokątnym uśmiechem.
Gdy weszliśmy do pokoju, producent od razu wstał. Przedstawił się Namjoonowi i zapytał o naszą decyzję.
Bez większego wahania odparłem, że nie chcemy, by rozdzielano nasz duet i ostatecznie rezygnujemy z jego propozycji.
- Szkoda - powiedział jedynie, po czym usiadł na swoim dużym, skórzanym fotelu.
- Mam jeden naprawdę świetny kawałek do wyprodukowania - westchnął.
To już niestety nie był nasz problem. Ukłoniliśmy się równo i odwróciliśmy, żeby opuścić pomieszczenie.
- Ale poczekajcie. Skoro tak zależy wam na graniu razem, że aż odpuściliście taką okazję, to chyba mogę wam zaproponować coś jeszcze. Widzicie, ile jest tutaj trainee, prawda?

[...]

Ścisnąłem mikrofon w dłoni. Wziąłem głęboki oddech. Lekko przeczesałem palcami rozjaśnioną grzywkę. Do moich uszu docierał głośny krzyk fanów. Serce zaczęło uderzać z zawrotną prędkością, kiedy na ogromnej, koncertowej hali rozległy się pierwsze dźwięki jednej z piosenek.
Za moimi plecami działo się życie na backstage'u.
Przede mną - kurtyna. Kurtyna, która za chwilę miała ukazać mi kilkanaście, jak nie kilkaset tysięcy ludzi.
Przymknąłem na chwilę oczy. Wsłuchałem się w otaczające mnie dźwięki i uśmiechnąłem się pod nosem.
- I jak? Gotowy rozpalić scenę? - Namjoon przerzucił przeze mnie swoje ramię. Rozchyliłem powieki po czym spojrzałem na przyjaciela i uśmiechnąłem się wesoło. Kiwnąłem pewnie głową.
- Yoongi! Yoongi! Yoongi! Założyłeś moją kurtkę! - Z mojej prawej strony podbiegł Jimin, który zdejmował ze swoich ramion czarną bomberkę,
- Co? Serio? - Z niedowierzaniem spojrzałem na rękawy odzienia. Faktycznie były lekko przykrótkie.
Zdjąłem ją z siebie i wymieniłem ubranie z młodszym kolegą.
- Jungkookie! Gdzie jest Jungkookie?! No gdzie jest ten dzieciak?! - Rozzłoszczony Jin biegał za kulisami i szukał naszego maknae.
- Jungkookieee!!! - Krzyczał. Westchnąłem głośno i schowałem twarz w dłoniach.
- Za jakie grzechy... - wymamrotałem. Usłyszałem jedynie śmiech Namjoona.
- Yoongi hyung! Rozbudź się! - Hoseok złapał mnie od tył i lekko uniósł. Potrząsnął mną, po czym odstawił na ziemię. Spojrzałem na niego z morderczym wzrokiem, jednak jego głupi uśmiech sprawił, że nie potrafiłem się na niego gniewać.
Podobnie jak na prostokątnie uśmiechającego się Taehyunga, który wskoczył Hoseokowi na plecy.
- Dlaczego oni są tacy głośni - westchnąłem - jesteś liderem. Ucisz ich!
- Co ja ci na to poradzę! Skro Jin nie daje sobie z nimi rady, jak ja mam to zrobić? - Namjoon pokręcił głową i poprawił słuchawkę, która wypadła mu z ucha.
- Minuta! - krzyknęła asystentka.
- Gdzie jest Jungkookie?! - Jin złapał się za głowę i biegał dookoła jak oparzony, dopóki maknae spokojnym krokiem, poprawiając pasek od spodni nie wszedł po schodach.
Seokjin od razu złapał go za rękę i ustawił w szeregu między Jiminem z Taehyungiem.
- Połamania nóg, Suga - spojrzałem na pięść Namjoona, którą podstawił na wysokość mojej klatki piersiowej. Uśmiechnąłem się delikatnie i uniosłem wzrok na rapera.
- Ty już lepiej nic nie łam, Rap Monster - zaśmiałem się cicho, uderzając knykciami o jego dłoń.
Ostatecznie skończyliśmy w tym głupim boysbandzie. Czy jednak żałuję?
Ani trochę. Oczywiście nie było łatwo. Nie gramy do końca takiej muzyki, jaką bym chciał, ale dopóki występowanie na scenie z tymi sześcioma idiotami sprawia mi radość, czy jest to aż takie ważne?
Obok mnie stoi Namjoon, który czerpie przyjemność ze stania na scenie równie wielką jak ja.
Przed moimi oczami ukazała się ogromna hala wypełniona po brzegi. Za każdym razem moje ciało przechodziły dreszcze. Nie inaczej było teraz. Wystarczyło, że uniosłem ręce, rozłożyłem je, a hala już rozbrzmiała głośnym krzykiem i piskiem fanów.


~*~

niedziela, 14 sierpnia 2016

For you - Rozdział I

Innocent

~*~

     -Taehyung, kup jakieś jedzenie - poprosiłem, oderwawszy się na moment od FIFY. Odwróciłem głowę w kierunku Tae, który wychodził z domu, by zawieźć do biura jakieś papiery.
- A na co masz ochotę? - spytał. Blondyn położył teczkę z papierami na komodę i uklęknął, by zawiązać czarno-białe jazzówki.
- Hmm... winogrono. O, i arbuza! Możesz też jeszcze wziąć jakąś czekoladę. - Uśmiechnąłem się do hyunga, chociaż ten przez spuszczoną głowę pewnie tego nie zauważył.
- Mhm - mruknął - olej ryżowy - rzucił po chwili i podniósł się.
- Co? - zapytałem.
- Miałeś kupić wczoraj. Kupiłeś?
- Kazałeś wziąć olej sezamowy, Tae...
- Ryżowy. - Tae zatrzymał wzrok w jednym punkcie i podrapał się po głowie. - Ryżowy - upierał się dalej.
- No co za nieogarnięty hyung - westchnąłem.
Kim kliknął językiem i przewrócił teatralnie oczami.
- Kupiłeś? - zapytał znowu.
- Tak, kupiłem olej sezamowy tak jak mówiłeś.
- Mówiłem ryżowy! RY-ŻO-WY - Taehyung rzucił na ziemię teczkę, którą dopiero co wziął z komody. Aż podskoczyłem na kanapie. Co mu nagle odwaliło? Nigdy nie wkurzał się z byle powodu!
Nagle na zezłoszczonej buzi Tae wymalował się pełen rozbawienia, prostokątny uśmiech.
- Zły hyung! - Wziąłem w rękę jedną z poduszek leżących obok i z całej siły rzuciłem w stronę blondyna. Ten zwijając się ze śmiechu nawet nie zwrócił uwagi na to, że miękka poduszka zakończyła swój lot prosto na jego twarzy.
- Wybacz, ale tak lubię cię drażnić - powiedział przez śmiech. Gdy po dłuższej chwili opanował swój wybuch radości, schylił się po rzuconą teczkę i przy okazji poduszkę, którą odrzucił.
- Jak tylko załatwię sprawę, idę z Hoseokiem kupić nowe buty, więc pewnie długo mnie nie będzie, dlatego nie czekaj na mnie. - Taehyung już nacisnął klamkę, jednak wtedy jak oparzony zawołałem jego imię. Ten tylko znowu się do mnie odwrócił i wydał cichy, pytający pomruk.
- A jedziesz samochodem? - spytałem.
- Mmm nie. Do biura się przejdę, stamtąd odbierze mnie Hoseok. Czemu pytasz?
- Aaa mógłbym go dzisiaj pożyczyć? Na chwilę tylko. - Taehyung uniósł brew do góry, jakby czekając na podanie mocnego argumentu, który przemawiałby za moją prośbą.
- Ciężko dojechać na obrzeża, szczególnie w niedzielę... A muszę oddać znajomemu wszystkie notatki i głośnik - wyjaśniłem. Schowałem twarz za poduszką. Po chwili jednak ją nieco zniżyłem, by Tae mógł zobaczyć moje pełne słodyczy i proszące oczy.
- No dobrze, ale nic za darmo. Jak zadzwonię, odbierzesz mnie z galerii.
- Stoi.- Kiwnąłem zgodnie głową. Taehyung szybko wrócił się do swojego pokoju, a gdy z niego wyszedł, podał mi kluczyk, do którego był przyczepiony mięciutki, materiałowy breloczek w kształcie uroczego, chibisiowego onigiri.
- Wszystkie dokumenty są w kuchni obok notatnika. Uważaj na drodze - powiedział, po czym skierował się do wyjścia.
- Dziękuję hyung! Kocham cię! - krzyknąłem, zanim blondyn opuścił mieszkanie. Odłożyłem kluczyki i wróciłem do gry. Mecz się przecież sam nie wygra.

[...]

     Uwielbiałem jeździć samochodem hyunga. Nie był to pierwszy raz, kiedy pożyczałem od niego pojazd. Zawsze miał lekkie opory, zważywszy na to, że prawo jazdy mam dopiero od niedawna, ale wystarczyło kilka uśmiechów, zatrzepotanie rzęsami, mówienie do niego per hyung i samochód już jest mój.
     Na swój własny aktualnie nie bardzo miałem jak zarobić, a na rodziców w tej kwestii nie mogłem liczyć. No, chyba, że jakimś cudem znudzi im się ich ulubione Audi i stwierdzą, że wolą mi dać niż sprzedać.
Tae rozumiał tę sytuację, dlatego dzielił się ze mną swoim samochodem. Właściwie to nie tylko tym.
Odkąd zacząłem studia, sam zaproponował, żebym się do niego wprowadził. Mieszkał sam, a ja podjąłem decyzję o wprowadzeniu się do domu studenckiego. 
Być może i dobrze się stało, że przyjąłem jego propozycję? Przynajmniej miałem w domu odrobinę spokoju. Oczywiście też nie zawsze.
Taehyung był typem osoby... Znaczy... Ech, no po prostu był inny. Wiecznie uśmiechnięty, nie przejmował się głupotami, brnął do przodu i zawsze szukał tych pozytywnych stron. Czasami miałem wrażenie, jakby wysysał ze mnie całą energię. Potem jednak uśmiechał się do mnie i od razu nabierałem sił.
Lubiłem hyunga i za żadne skarby nie mógłbym powiedzieć o nim złego słowa. Nie miał nawet w sobie cech, których bym u niego nie lubił!
No, może jedynie poza tym, że cwaniak pcha mi się od łóżka, kiedy nie może zasnąć.
Dorosły facet...
    W samochodzie Taehyunga panował wielki porządek. 
Tak się przynajmniej wydawało, dopóki ktoś nie otworzył jakiegoś schowka lub nie zajrzał pod fotele. Chciałem włożyć dokumenty do małej kieszonki po lewej stronie kierownicy, jednak kiedy zobaczyłem, że znajduje się tam miliard patyczków po lizakach, zrezygnowałem.
     Droga z centrum minęła mi o dziwo dość szybko. Zasiedziałem się u znajomego, całkowicie zapominając o tym, że obiecałem Tae odebrać go potem z galerii. Przypomniał mi o tym dopiero dzwonek telefonu.
Gdy na wyświetlaczu zobaczyłem imię i nazwisko hyunga od razu odebrałem. 
- Jungkookie, przyjedź po mnie. Jestem pod galerią. Ale jest chłodno. Wejdę do środka. Poczekam tu na ci...
- Cześć Kookie! - W słuchawce rozbrzmiał wesoły głos Hoseoka.
- Cześć Hobi - rzuciłem.
- Słuchaj, nie daj Tae prowadzić jak coś. Wypił trochę soju. Nie, nie tyle, żeby się upić czy coś... Ale lepiej, żeby nie siedział za kółkiem. Dobra? 
- Co? Yy... Dobrze. 
- A, no i ten, ja go popil... - Zanim Hoseok dokończył sekwencję, po prostu się rozłączyłem. 
Grzecznie pożegnałem się z kolegą i podziękowałem mu za pożyczone rzeczy. Wsiadłem do srebrnego mercedesa Taehyunga i niezwłocznie skierowałem się do domu.
Jadąc cały czas słuchałem radia. Leciała akurat piosenka, którą bardzo lubię, więc zacząłem cicho nucić i wybijać na kierownicy rytm. I tak przez całą drogę.
     Dojechawszy do galerii zaparkowałem przed wejściem. Wysiadłem z samochodu, zamknąłem go na klucz i wszedłem do galerii rozejrzeć się za hyungiem. Nie musiałem długo czekać, by go znaleźć. Spokojnie siedział na ławce i grał w jakąś platformówkę na telefonie, której wesoła melodyjka rozbijała się echem po całej galerii.
- Taehyung! - zawołałem, unosząc rękę do góry. Blondyn od razu uniósł głowę znad telefonu i rozejrzał się dookoła. Dostrzegłszy mnie, od razu zablokował ekran, wziął reklamówkę z zakupami, po czym bezzwłocznie podbiegł.
- Gdzie zgubiłeś Hoseoka? - zapytałem, idąc obok Tae do samochodu.
- Kiedy czekaliśmy aż przyjedziesz, podszedł do nas Jimin. Gadu gadu i poszedł z Hoseokiem do jakiegoś baru czy coś. Oczywiście wcześniej upewniali się kilkakrotnie, czy na pewno mogą zostawić mnie samego. Co ja mam pięć lat? - Blondyn szarpnął za klamkę, jak tylko dotarliśmy do pojazdu.
Dopiero kiedy próbował otworzyć samochód, nacisnąłem odpowiedni przycisk na pilocie. Lekko zmieszany Tae wsiadł do środka.
- Ile soju wypiłeś? - spytałem, wsuwając kluczyk do stacyjki.
- Niedużo, tylko dwa kieliszki - odpowiedział, przeciągając przez swój tułów pas bezpieczeństwa.
Ruszyłem z miejsca. Nie miałem zbytnio ochoty przeciskać się przez samo centrum miasta, dlatego zdecydowałem się jechać bocznymi uliczkami.
W samochodzie zapadła cisza. Jedynym dźwiękiem, jaki docierał do moich uszu to dźwięk silnika i klikanie językiem Taehyunga, który ze swoją duszą pięciolatka oczywiście nie potrafił usiedzieć.
- Hyung, włączysz radio? - spytałem. Młody mężczyzna bez słowa wykonał moje polecenie.
Zerknąłem na blondyna kątem oka. Oparł głowę o zagłówek fotela, patrzył w boczną szybę i kreślił na niej swoimi szczupłymi, długimi palcami niezidentyfikowane kształty.
Po chwili też zaczął nucić piosenkę, która rozbrzmiewała w radiu.
- Jungkookie! - krzyknął nagle. Wydałem z siebie cichy pomruk.
Hyung mnie cholernie przestraszył! Serce zaczęło mi bić jak oszalałe!
- Chcesz iść jutro na basen? - zaproponował. Nieco zdziwiony uniosłem brew do góry.
- Basen?
- Mhm. Hoseok zakumplował się z chłopakiem, który tam pracuje i dostał jakieś zniżki. Powiedział, że trzeba je wykorzystać. Więc jutro chcą się wszyscy wybrać. Pomyślałem, że też cię wyciągnę z domu. - Taehyung uśmiechnął się do mnie szeroko.
- Z chęcią pójdę, dziękuję za zaproszenie - odpowiedziałem. Tae klasnął radośnie w swoje zgrabne dłonie, po czym poklepał mnie jedną po głowie.
- Czekaj, Tae, czy ja ominąłem skręt? - Wychyliłem się lekko nad kierownicą, by móc bliżej przyjrzeć się ulicy, którą jechaliśmy.
- Chyba tak... Nie wiem. Lampy się nie świecą - Hyung sam zaczął się rozglądać.
Westchnąłem cicho i położyłem dłoń na kulce, by zmienić bieg.
- Jak dojedziemy na koniec tej ulicy to wyjedziemy na główną, więc spokojnie - powiedział Tae - po prostu jedź prosto - dodał.
Wedle polecenia hyunga jechałem ciągle przed siebie.
     - Masz ciężką nogę, wiesz Kookie?
- Ciężką nogę? - powtórzyłem.
Taehyung postukał wówczas palcem na desce rozdzielczej w miejscu, gdzie świecił się prędkościomierz.
- Zwolnij - rozkazał. Jego poważny ton początkowo wywołał u mnie lekkie zdziwienie, jednak po chwili uśmiechnąłem się nieco zadziornie i chcąc zrobić nazłość hyungowi, lekko przyspieszyłem.
- Nie słyszałeś, co powiedziałem, Jeon? Nie szarżuj tak i zwolnij. Na drodze nie ma żartów - Tae naprawdę spoważniał. Czułem na sobie jego ostrzegawczy i jednocześnie opiekuńczy wzrok.
Cicho westchnąłem. Odrobinę zmniejszyłem prędkość. Położyłem rękę na gałce by zmienić bieg. Już chciałem szarpnąć gałkę, jednak coś mi utrudniło.
- Aiś, skrzynia biegów się zacięła - mruknąłem, dalej próbując ruszyć gałkę. Lekko odwróciłem głowę i spuściłem wzrok, by sprawdzić co ją blokuje.
- Kookie! - Taehyung krzyknął tak donośnie, że mógłby spokojnie obudzić zmarłego z grobu. Jak oparzony położył dłoń na kierownicy i gwałtownie skręcił w prawo.
     Nagle rozległ się ogromny huk gniecionej blachy. Szyba pękła pod jakimś dużym naciskiem, rozsypując małe kawałki szkła wewnątrz pojazdu. Wyskoczyły poduszki powietrzne, przyciskając nas do foteli, ale jednocześnie ochraniając przed uderzeniem się w deskę rozdzielczą, kiedy gwałtownie nacisnąłem pedał hamulcowy.
Zszokowany nie wiedziałem co się stało. Od razu spojrzałem na Taehyunga. Siedział z otwartą buzią, ciężko oddychając.
Dopiero po chwili spojrzał na mnie. Był przerażony, roztrzęsiony. Od razu odpiął pas bezpieczeństwa. Wyskoczył z samochodu.
Sam szybko odpiąłem pas. Jednak jak tylko opuściłem głowę, poczułem jak po moim czole cieknie mokra ciecz. Po chwili obraz w prawym oku przybrał czerwoną barwę. Od razu po odpięciu pasów otarłem wierzchem dłoni oko, rozmazując krew po prawej stronie twarzy.
- Taehyung! - zawołałem, wysiadając z pojazdu. Gdy się odwróciłem, zobaczyłem jak hyung klęczy przy jakiejś kobiecie i sprawdza jej puls.
- Zadzwoń po pomoc - rozkazał. Stałem w miejscu, nie potrafiąc wycisnąć z siebie żadnego słowa.
- Głuchy jesteś? Zadzwoń po pomoc! - Na jego ponowne wołanie, wyciągnąłem z kieszeni zielonej kurtki telefon.
     Moje ręce się trzęsły. Nie potrafiłem ustać na nogach. Teahyung odszedł od kobiety. Podbiegł do roztrzaskanego samochodu. Z racji, że było zimno, wyciągnął z bagażnika koc i okrył nim kobietę. Na chwilę obecną to było jedyne, co mógł teraz zrobić. Nie mógł przecież jej podnieść czy zrobić cokolwiek innego. W końcu nie wiedział, czy nie ma przypadkiem uszkodzonego kręgosłupa.
Poczułem, jak robi mi się słabo. To ja... To ja ją potrąciłem! To ja jestem za to wszystko odpowiedzialny!
Patrzyłem w pusty ekran telefonu. Nie miałem odwagi by zadzwonić.
Oparłem się plecami o samochód.
     - Zadzwoniłeś? - Usłyszałem donośny głos hyunga. Uniosłem wzrok i spojrzałem na blondyna. Moje oczy otworzyły się tak szeroko, jak nigdy wcześniej. Oczy zalały łzami bezradności.
Pokręciłem przecząco głową i upuściłem na ziemię swój telefon. Złapałem Taehyunga za kurtkę. Oparłem czoło o jego klatkę piersiową.
- Hyung... Ja nie... Ja nie... Ja nie mogę iść do więzienia! Hyung! Ja nie chcę... Ja... Ja się boję! - wyrzuciłem, mocniej ściskając w palcach jego ubranie.
Serce Taehyunga biło szybko, jednak powoli zwalniało swój rytm tak, jakby powoli przyswajał zaistniałą sytuację.
Mogłem się jedynie domyślać, jak zdenerwowany był teraz Tae. Oczami wyobraźni widziałem, jak błądzi wzrokiem i w złości zaciska usta.
- Mówiłem ci gówniarzu, żebyś zwolnił. Sam jesteś sobie winien - powiedział z wyrzutem blondyn. Odepchnął w złości moje ręce i podniósł z ziemi telefon.
Z bezradności opadłem na kolana, chowając twarz w dłonie. Taehyung zadzwonił po pomoc. Gdy skończył składać zgłoszenie, szybko zabezpieczył miejsce wypadku.
Gdy już się z tym uporał, podszedł do mnie. Uklęknął naprzeciwko i spojrzał na moją twarz.
     Nie miałem odwagi spojrzeć mu w oczy. Dopiero gdy Taehyung zmusił mnie do tego, delikatnie głaszcząc moje włosy, uniosłem głowę.
Dopiero teraz zauważyłem, że wypadek także go trochę uszkodził. Tae miał rozciętą wargę i skórę na kości nosowej, z którego ściekała czerwona jak wino krew. Kołnierz jego kurtki był poszarpany i ubrudzony krwią z rany na szyi.
- Hyung, przepraszam... - szepnąłem. Taehyung przeczesał dłonią moje włosy. Głośno westchnął.
- Wszystko będzie dobrze, Kookie. Musisz się uspokoić - powiedział.
     Tae zaimponował mi teraz swoim trzeźwym myśleniem, mimo, że tak na dobrą sprawę wypił dwa kieliszki soju. Zachowywał się tak, jak powinien. Każdą czynność zabezpieczenia miejsca wypadku i sprawdzenie stanu poszkodowanego wykonał niemalże podręcznikowo.
Przymknąłem na chwilę powieki. Ponownie spuściłem głowę, po czym nabrałem do płuc większej ilości powietrza, wydychając go po chwili ze świstem. Taehyung zdjął z siebie kurtkę i narzucił na moje ramiona.
- Spokojnie - szepnął. Pogłaskał koleżeńsko moje ramię. Gdy usłyszał sygnał karetki, zerwał się na równe nogi. Już po chwili mogłem dostrzec niebieskie światło, które przebijało się przez szary półmrok. Dwa ambulansy zatrzymały się obok nas.
Taehyung od razu podbiegł do ratowników i wskazał kobietę. Dwójka z nich od razu wzięła nosze i zabrała kobietę do ambulansu. Jeden ciągle wypytywał o stan kobiety. Tae powiedział jakie czynności wykonał, że kobieta oddycha, skąd leci krew, czy są jakieś większe obrażenia. Po szybkiej rozmowie z Tae, jeden z ambulansów odjechał. Ratownicy drugiego mięli za zadanie sprawdzić nasz stan.
     - Jungkookie! - Usłyszawszy wołanie, z trudem podniosłem się z ziemi. Taehyung machał do mnie ręką na znak, bym podszedł. Bałem się konfrontacji z kimkolwiek. Przecież już teraz mogę trafić do więzienia!
Z drugiej strony ulicy dostrzegłem podjeżdżający radiowóz. Całkowicie przerażony podbiegłem do Taehyunga. Jeden z ratowników wyciągnął apteczkę. Obejrzał najpierw Taehyunga, potem mnie. U hyunga podejrzewał złamanie nosa. Niepokojąca też okazała się moja rana na głowie.
- Będziemy musieli zabrać was do szpitala na badania. Nie wiadomo, czy nie doszło do jakiś obrażeń wewnętrznych. Najpierw jednak będziecie wyjaśnić sprawę z policją. Spokojnie, gdy skończycie składać zeznania, zabierzemy was na obserwację - mówiąc to wszystko, ratownik przykleił do mojej rany duży gazik.
- Dobry wieczór, sierżant Jugwoon i starszy posterunkowy Reyun... - Jak tylko podeszła do nas dwójka policjantów poczułem, jak moje nogi odmawiają posłuszeństwa. Kolana miałem jak z waty.
    Złapałem Taehyunga za nadgarstek i gdyby nie jego szybka reakcja, lęgnąłbym jak długi na ziemię.
Na chwilę całkowicie straciłem kontakt z rzeczywistością. Jak przez mgłę pamiętam tylko, że Tae szybko mnie złapał i razem z ratownikiem usadzili na krawędzi tylnego wejścia do ambulansu.
W czasie, w którym ponownie odzyskiwałem świadomość, Taehyung składał policji wyjaśnienia.
- Więc kto prowadził pojazd? - Usłyszawszy to, zacisnąłem pięści na swoich kolanach. Musiało w końcu paść to pytanie. Wziąłem głęboki oddech.
Już otworzyłem usta, żeby przyznać się do popełnionego czynu, jednak przerwał mi opanowany i niski głos Taehyunga.
- Ja.
~*~



* Początkowo planowałam zrobić z tego one shota, ale zrezygnowałam w trakcie pisania. Tak wyszło *_* Czułam, że muszę pociągnąć to dalej.